Kategorie
DLACZEGO STRONA O KRAKOWIE I OKOLICACH

Kraków to przepiękne i pełne tajemnic miasto z licznymi obiektami architektury monumentalnej, starymi kamieniczkami i wieloma dziełami sztuki. Podwawelski gród widziano już podobno tysiąc lat temu. Od wieków Kraków był ośrodkiem zainteresowania wybitnych uczonych i artystów, a w średniowieczu tętnił życiem stolicy wielkiego królestwa, ośrodka nauk i sztuk. Wielu z nas mieszkając w tym pięknym mieście tak naprawdę niewiele o nim wie. Znamy tylko część legend i to tylko tych podstawowych, patrzymy na wiele zabytków nie znając ich historii i nie zdając sobie sprawy z faktu, że Kraków kryje również wiele mrocznych sekretów. Dodatkowo okolice Małopolski kryją w sobie wiele wartych zobaczenia miejsc owianych tajemnicami i różnymi legendami, których również większość z nas nie zna. „Cudze chwalimy, a swego nie znamy”.

Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

KSIĘGOZBIÓR SAPIEHÓW

I DALSZE LOSY PANA WIKTORA…

Dzisiaj czekała mnie wycieczka do Zamku w Pieskowej Skale. Tym razem, moją towarzyszką, miała być pani Ania, dzięki której będę miał możliwość zapoznania się z Księgozbiorem Sapiehów, przy którym pracowała przez prawie cztery lata.

Ale Helena będzie mi zazdrościć – pomyślałem – jak się dowie. Chociaż z drugiej strony po naszej ostatniej przygodzie z zapadnią, właśnie na tym zamku, czuję się bezpieczniej jadąc tam bez niej.

To był piękny słoneczny dzień, a na dodatek wszędzie leżało bardzo dużo śniegu, więc sceneria była bajkowa. Lepszej na zwiedzanie zamku, otoczonego oszronionymi drzewami, nie mógłbym sobie wymarzyć. Gdy dojechaliśmy na miejsce czekał na nas wraz z żoną, pan Olgierd, kustosz. Od razu dało się odczuć, że Zamek to nie tylko ich praca, ale również pasja, o której mogliby opowiadać godzinami. Ja za to byłem taki zdenerwowany, że mogę porozmawiać z kimś, kto ma tak ogromną wiedzę o tym miejscu, że dosłownie „zabrakło mi języka w buzi” i przez pierwsze parę minut nic nie mogłem z siebie wydukać, czując, że w głowie mam jedynie pustkę. Zostaliśmy bardzo ciepło przywitani. Pani Ewa zaproponowała nam kawę lub herbatę i zaprosiła do gabinetu, aby z nami porozmawiać. Była bardzo ciepłą, otwartą i uśmiechniętą osobą. Pytała mnie o moją pasję, skąd się wzięła, jakie przygody mi się przytrafiły, a jej łagodny głos powodował, że moje nerwy uspakajały się. Opowiedziała mi również historię, która się jej przytrafiła na zamku. Pewnego dnia kiedy układała w piwnicy kwiaty, a było to koło godziny 24, nagle wysiadł prąd. Początkowo myślała, że ktoś chce ją nastraszyć, więc nic sobie z tego nie zrobiła, tylko zapaliła świece i dalej zajmowała się swoją pracą. Po chwili usłyszała dudnienie na schodach, więc każdy z nas byłby już przerażony, natomiast ona, ze stoickim spokojem czekała kto się na nich pojawi. Był to strażnik, który wyglądał na bardziej przerażonego niż ona. Pani Ewa opowiadała całe to wydarzenie z uśmiechem na twarzy dlatego odczułem, że zamek dla pani Ewy i pana Olgierda, to drugi dom, o który dbają jak o własny, poświęcając mu czas i realizując własne pasje. Chętnie poświęcają czas i uwagę swoim gościom, tworząc na zamku bardzo rodzinną atmosferę. Gdy wypiliśmy herbatkę, pan Olgierd powiedział nam, że zaprasza nas do zwiedzania. Pani Ewa uśmiechnęła się ciepło na pożegnanie, wyrażając nadzieję, że pan Olgierd nas nie „zamęczy” opowiadaniami.

Na samym początku udaliśmy się do biblioteki, w której znajdowała się część dzieł z Księgozbioru Sapiehów, przywieziona z Zamku w Krasiczynie, gdzie po upadku powstania listopadowego osiadł Leon Sapieha. Zaniedbany zamek, należący wcześniej do Krasickich, Tarłów, Potockich i Pinińskich, został odnowiony oraz zapełniony dziełami sztuki, pamiątkami rodzinnymi i księgozbiorem, składającym się z książek w języku polskim, łacińskim, francuskim i niemieckim, które dotyczyły takich dziedzin jak: historia, geografia, przyroda, religia, filozofia, polityka, ekonomia, techniki gospodarowania i wiele innych . Księgozbiór zawiera około 14 000 pozycji i jest niepowtarzalną pamiątką po pasji magnackiego rodu Sapiehów, jaką było bibliofilstwo. W 1903 roku synowie Adama Stanisława Sapiehy zawarli umowę gwarantującą niepodzielność zbiorów zamkowych, w tym biblioteki, której jak myśleli zapewnili bezpieczną przyszłość. I wojnę światową księgozbiór przetrwał bezpiecznie w Zamku w Krasiczynie, jednak podczas II wojny światowej, jeden z zaprzyjaźnionych oficerów niemieckich, ostrzegł Sapiehów, przez zbliżającym się wojskiem rosyjskim, które mogło splądrować i zniszczyć bezcenną bibliotekę. W ciągu paru dni, ciężarówkami niemieckimi, udało się wywieźć znaczną część książek i ukryć je w Krakowie. Księgozbiór trafił pod opiekę metropolity krakowskiego Adama Stefana Sapiehy, który umieścił je w piwnicach biskupiego pałacu, gdzie przetrwały lata wojny. Niestety w Polsce, zaczęły się nasilać represje stalinowskie, którym poddano zarówno społeczeństwo jak i kościół katolicki, który był oskarżany o działalność szpiegowską. Urząd Bezpieczeństwa, zaczął konfiskatę mienia i wtedy zaczęto walczyć o Księgozbiór Sapiehów. Wiadomo było, że jeżeli trafi on w ręce UB, przepadnie na zawsze, dlatego sprawa została tak mocno nagłośniona, że Księgozbiór trafił na Wawel, początkowo jako depozyt. W 1973 roku został on przeniesiony do Pieskowej Skały, a w 2013 roku dzięki dotacji ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, muzeum wawelskie stało się właścicielem księgozbioru Sapiehów z Krasiczyna. Biblioteka w Pieskowej Skale, zrobiła na mnie ogromne wrażenie ponieważ walka jaką toczono o księgozbiór, była niesamowita, ale cel został osiągnięty, biblioteka zachowała się w całości, stanowiąc żywy zabytek kultury. Nigdy nie widziałem tylu starych książek w jednym miejscu. W dzisiejszych czasach uczy się nas, żeby nie pisać po książkach, a wiele ksiąg z Księgozbioru Sapiehów, ma zapisane na marginesach, przemyślenia osób, które je czytały, co jest bezcenne dla innych pokoleń, które mogą poczuć co czuł ktoś kto czytał to kilkadziesiąt, czy kilkaset lat temu. Kiedy na nie patrzyłem, czułem ducha czasu i historii. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś np. 500 lat temu wydał książkę, którą czytały kolejne pokolenia i która może być przeczytana i dziś. Miałem ciarki na plecach, kiedy wyobraziłem sobie, ile osób miało te książki w ręce, ile pokoleń je czytało, na ilu osobach zrobiły one wrażenie i jak długą drogę przebyły, żeby w końcu trafić na Pieskową Skałę i na Wawel. Kiedy patrzyłem na panią Anię, widziałem, że wróciły do niej stare, ale dobre wspomnienia z czasów, kiedy wykonywała bardzo ciężką, ale zarazem niezmiernie interesującą pracę, jaką była inwentaryzacja tych książek. To ona jako pierwsza dokonała cudu, segregując cały księgozbiór, spisując tytuły i autorów, szukając zagubionych oprawek, czy brakujących stron. Z drugiej strony, to musiało być niezwykle fascynujące, aby móc przeglądać i czytać książki, które miały tak długą historię i lata, których nie przeżyje żaden człowiek.  Na szczególną uwagę zasługiwały Zielniki z miedziorytami, które od razu przypomniały mi jak kiedyś biegałem, gdzie się dało szukając liści i roślin, które suszyłem, aby stworzyć własny zielnik i zawalczyć o 6 z przyrody. To wspomnienie wywołało uśmiech na mojej twarzy, ponieważ pamiętam minę mamy, kiedy przyniosłem kilkanaście egzemplarzy do ususzenia, nie mając kompletnie pojęcia o nazwach połowy z nich. Odszukanie ich i opisanie zajęło mi nie mało czasu, ale efekt był naprawdę dobry. Na twarzy pani Ani również pojawił się uśmiech, widać było, że bardzo się ucieszyła, kiedy mogła zaglądnąć do książek nad którymi pracowała ponad 4 lata. Oprócz Zielników na uwagę zasługiwały również czasopisma, które były poszeregowane i oprawione i nie były to tylko polskie czasopisma, ale również czasopisma zagraniczne min. angielskie. Była tam również Biblia napisana co prawda w języku polskim, ale którą było bardzo ciężko przeczytać, ponieważ była napisana inną czcionką niż nam współcześnie znane i było w niej wiele niezrozumiałych i nieużywanych już słów. Miałem przygotowaną listę pytań do pana Olgierda, ale gdy zaczął opowiadać o dziejach biblioteki, odpowiedział na wszystkie moje pytania zanim zdołałem jakiekolwiek zadać. Myślę też, że świadomość tego, że mogłem być w miejscu, do którego nie każdy może wejść i zobaczyć coś co nie każdy może zobaczyć dodatkowo potęgowało mój stres i wywoływało emocje. Potem pan Olgierd zabrał nas do muzeum. Po drodze dowiedziałem się, że kiedyś w Pieskowej Skale był hotel. Gdy okazało się, że zamek był zadłużony, a jego właściciela nie było stać na pokrycie długów, znalazło się około 200 akcjonariuszy z Warszawy, którzy postanowili uratować zamek. Aby spłacić długi zrobili w nim hotel i dzięki temu zamek został uratowany. Obecnie w zamku na dwóch piętrach znajduje się muzeum, w którym można podziwiać eksponaty pochodzące z innych zamków w tym z zamku na Wawelu. Każda kolejna komnata przenosiła mnie w inny wiek, od średniowiecza aż do XIX wieku, a opowiadania pana Olgierda sprawiły, że miałem przed oczami ludzi z dawnych wieków używających: sekretarzyków, toaletek, stołów do gry w karty, siedzących na niewygodnych drewnianych krzesłach, które z czasem zastąpiły wygodniejsze ze skórzanymi oparciami i siedziskami. Widziałem, jak ludzie wkładali różne rzeczy do skrzyń, które z czasem zostały zastąpione przez kredensy. Widziałem ubrane w suknie na stelażach panie, leżące na szezlongach, które przyjmowały adoratorów, którzy musieli pomagać im się podnieść, gdy te chciały wstać z leżanek.  Mogłem odkryć tajemnicę, ukrytych zamków do szaf, przeznaczenia szkandeli, czy dowiedzieć się czemu słynną babkę, wypiekaną w prawie każdym domu nazywa się babą.  Oglądałem bogato zdobioną porcelanę, broń, czy przedziwne zegary. Widziałem obrazy Malczewskiego, które pan Olgierd potrafił mi wyjaśnić w bardzo prosty i zrozumiały sposób. W ostatnich salach poczułem się jakbym cofnął się do czasów z filmu „Wielki Gatsby”, a moją uwagę przykuł obraz umiejscowiony na suficie w ostatniej Sali, który cały czas z czymś mi się kojarzy, ale nie mogę skojarzyć z czym, oprócz tego, że leżąca na nim pani, miała identyczną fryzurę jak Jordan Baker czy Daisy wielka miłość Gatsbiego. Moje rozmyślania przerwał pan Olgierd, kiedy stanęliśmy przed obrazem złożonym z samych kształtów geometrycznych i zapytał jaki kolor i kształt ma strach, niebieski, zielony??? Takiego pytania się nie spodziewałem, dlatego wydusiłem z siebie tylko tyle, że nie jestem dobry w plastyce. Pan Olgierd zabrał nas jeszcze do jednej Sali, z której było przejście do „więzienia Dorotki”, nagle zrobił się straszny przeciąg, zatrzasnęły się za nami drzwi i zgasło światło. Duchy pomyślałem.

  • Czy tu straszy? – zapytałem pana Olgierda.
  • Tak – odpowiedział pan Olgierd – a najbardziej co tutaj straszy to moja żona – dodał z uśmiechem, aby zmniejszyć mój strach.

Gdyby, takie duchy jak pani Ewa straszyły na wszystkich zamkach, to ludzie w ogóle by się ich nie bali – pomyślałem – wręcz przeciwnie, każdy chciałby się z nimi spotkać – dodałem w myślach.

Starałem się nie pokazać po sobie, że jego wyjaśnienie wcale mnie nie uspokoiło. Przypomniały mi się wszystkie mroczne opowieści o tym zamku. Praktyki Piotra i Krzysztofa Szafrańców, Helena, która omal nie spadła na skały, kupcy, którzy przyjechali do zamku, ale nigdy z niego nie wyjechali. Byliśmy zamknięci w ciemnej komnacie z każdej strony. Na dodatek złego okazało się, że podczas przeciągu wypadła klamka i nie było sposobu otworzyć drzwi. Pani Ania zaczęła opowiadać, że jak pracowała nad Księgozbiorem Sapiehów i spała w „służbówce”, niejednokrotnie nie przespała nocy, ponieważ z jednej strony było tak strasznie cicho, a z drugiej wszystko zaczynało trzeszczeć i żyć własnym życiem. Pan Olgierd wytłumaczył nam szybko, że tak się dzieje zazwyczaj zimową porą, kiedy drewno, tak jak i budynki zaczynają pracować. Miało nas to uspokoić, ale patrząc na siebie widzieliśmy, że jednak mamy strach w oczach. Miałem wrażenie, że czas się ciągnie niemiłosiernie i już zaczynałem sobie wyobrażać rozszalałego i śmiejącego się do rozpuku Piotra Szafrańca, który chodził koło „więzienia Dorotki”, kiedy usłyszałem, jak ktoś mocuje się z drzwiami.

  • Halo, czy wszystko w porządku? – zapytał znany mi głos.
  • Tak, dziękujemy, wszystko w porządku, zrobił się przeciąg i zatrzasnęły się drzwi, wypychając klamkę z wnętrza komnaty – odpowiedział spokojnym i opanowanym głosem pan Olgierd.
  • Pan Wiktor? – zapytałem zdziwiony
  • Tak, cześć Hektor – uśmiechnął się staruszek
  • Nie ma pan pojęcia jak bardzo się cieszę, że pana widzę – powiedziałem z uśmiechem od ucha do ucha.
  • Widzę, że nie ma z tobą dzisiaj Heleny, ale zapraszam cię i twoją towarzyszkę na herbatkę do staruszka, jak skończycie zwiedzać. Wiesz, gdzie mnie szukać – powiedział pan Wiktor.
  • Oczywiście – powiedziałem.

Zwiedzanie zamku dobiegło końca. Podziękowaliśmy panu Olgierdowi za poświęcony nam czas i bezcenne chwile, które mogliśmy tu spędzić. Wiem jedno, to najlepszy kustosz jakiego w życiu poznałem, ponieważ sposób w jaki opowiada, przenosi każdego kto go słucha w czasie. Poza tym jest w nim ogromna pasja, pod wpływem której nikt nie zostaje obojętny. Wiem jedno, ta wycieczka pozostanie na długo w mojej pamięci. Kiedy wychodziliśmy z zamku, pani Ania zapytała:

  • Hektor, kim jest pan Wiktor?
  • To przeuroczy staruszek, którego spotkaliśmy kiedyś z Heleną. Mieszkał tu wraz z siostrą w sierocińcu, jednak zostali rozdzieleni. Pan Wiktor został w Polsce, a siostrę, gdzieś przewieziono. Szukał jej przez wiele lat, jednak nigdy nie odnalazł.
  • To strasznie smutna historia – powiedziała pani Ania.
  • Wiem, ale dzisiaj wyglądał na szczęśliwego.

Pan Wiktor siedział tam, gdzie zawsze. Gdy podeszliśmy do niego, zapytał nas, czy podrzucimy go do domu i wypijemy z nim herbatę, bo ma mi coś ciekawego do opowiedzenia. Zgodziliśmy się i po 5 minutach, siedzieliśmy wygodnie w fotelach w salonie pana Wiktora.

  • Wiesz Hektorze, nasze spotkanie przyniosło mi wielkie szczęście – powiedział z uśmiechem pan Wiktor – Kiedy wróciłem do domu po naszej rozmowie, zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem głos swojej siostry. Od razu ją rozpoznałem, mimo, że minęło tyle lat. Rozmawialiśmy przez prawie dwie godziny i okazało się, że trafiła do bardzo dobrej polskiej rodziny, która po wojnie wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Miała bardzo dobre życie, jednak nigdy nie przestała mnie szukać. Problem był w tym, że zginęła część dokumentów adopcyjnych dzieci z sierocińca z Pieskowej Skały. Czasy były różne, w Polsce komunizm, czasy Solidarności, w Stanach wzrost gospodarczy, ale i ograniczony kontakt z Polską. Więcława musiała się dostosować do panujących warunków, ale równocześnie opłacała detektywów, którzy mnie szukali. W końcu po tylu latach udało się. Teraz ma 91 lat. Ma dwie córki i syna oraz siedmioro wnucząt.
  • Panie Wiktorze spotkaliście się? – zapytała pani Ania z nieukrywanym wzruszeniem.
  • Można tak powiedzieć. Miesiąc temu odwiedziły mnie jej dzieci. Ona ze względu na wiek, bała się wsiąść do samolotu, ale włączyli mi jakiś program w laptopie, który ze sobą przywieźli i mogłem ją tak zobaczyć. Wyglądała tak jak sobie to wyobrażałem. Wszystkie wspomnienia ożyły na nowo. Teraz chcą, abym do nich przyjechał i resztę swoich dni spędził z nimi.
  • I co Pan zrobi? – zapytałem
  • Pojadę, już tyle przeżyłem, że jakaś metalowa maszyna mi nie straszna. Tydzień temu znalazłem kupca na mój dom. Część rzeczy, jest już wysłanych do Stanów, dzieci Więcławy to zorganizowały. Ja tylko czekam na papiery. Zobacz już jestem nawet spakowany i mam kupiony bilet na poniedziałek. Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłem, kiedy twoja postać mignęła mi przed oczyma, kiedy wchodziłeś na zamek. Postanowiłem na ciebie poczekać i opowiedzieć ci jak kończy się moja historia.
  • Skąd pan wiedział, że się zatrzasnęliśmy – zapytała pani Ania
  • Poczułem przeraźliwy przeciąg i huk. Wiedziałem, że coś się musiało stać, bo nie słyszałem na dziedzińcu żadnych głosów, a wiedziałem, że zwiedzacie z kustoszem zamek, więc postanowiłem to sprawdzić i tak was znalazłem.
  • Jest pan moim aniołem stróżem – powiedziałem
  • Nie żartuj młodzieńcze, ty przyniosłeś szczęście mnie a ja tobie, jesteśmy kwita – zaśmiał się serdecznie pan Wiktor
  • A wyśle mi pan kartkę ze Stanów? – zapytałem – tak, żebym miał na 100% pewność, że jest pan z siostrą i jej rodziną!
  • Oczywiście! Zapisz mi swój adres, wyślę ci zdjęcie całej naszej rodziny – powiedział pan Wiktor
  • Dziękuję – odpowiedziałem zapisując na kartce adres

Posiedzieliśmy z panem Wiktorem jeszcze z godzinę. To było naprawdę miłe spotkanie, a zarazem pożegnanie. Pożegnanie, ale takie na które czekali wszyscy.

Jaki kolor i kształt ma strach? Widziałem rozmazaną plamę w odcieniach szarości. Kształt to chyba owal a kolor zdecydowanie szary jak dla mnie, a dla was?

Kategorie
Wyzwania

KONKURS !!!!

TYM RAZEM OGŁASZAM KONKURS, W KTÓYM DO WYGRANIA BĘDĄ KUBKI, „POKOCHAJ KRAKÓW I OKOLICE”

WYOBRAŹCIE SOBIE, ŻE PRZYJEŻDŻA DO WAS KOLEGA/KOLEŻANKA Z ZAGRANICY ZAPROPONUJCIE WASZĄ TRASĘ ZWIEDZANIA KRAKOWA, CO BYŚCIE POKAZALI WASZEMU GOŚCIOWI W CIĄGU JEDNEGO DNIA????

CZEKAM NA WASZE PROPOZYCJE!!!!!!!!

Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

POCZĄTEK COVID – 19, OCZAMI HEKTORA

Nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd stanęliśmy w obliczu zagrożenia jakim stał się Covid – 19. Koronawirus, zakaźna choroba COVID-19, wywołana przez koronawirusa SARS-CoV-2 – definicja z Wikipedii, dopiero teraz, kiedy wirus zbliża się do nas coraz większymi krokami, zacząłem się tym interesować. Widziałem i słyszałem o epidemii w Chinach w mieście Wuhan, ale cały czas wydawało mi się, że wirus pozostanie w Azji, że zaraz znajdą na niego szczepionkę i wszystko dobrze się skończy. Miałem różne myśli, jedną z nich było to, że Chiny są przeludnione i pewnie zrobili „naturalną selekcję”, ponieważ umierały głównie osoby starsze i schorowane.

Teraz docierają do nas informacje, że wirus jest już w Europie, że atakuje Włochy. Dalej w to nie wierzę, ale zaczynam czytać, o tym co się dzieje w Chinach i moje przerażenie wzrasta. Oglądam filmiki w Internecie i zastanawiam się, czy to się dzieje naprawdę? Poubierani w ochronne kombinezony lekarze, karetki zabierające ludzi do przeludnionych szpitali, leżący na ulicach chorzy i służby, które dezynfekują w Wuhan wszystko co się da. Przecież to wygląda jak sceny z filmów katastroficznych, które oglądałem np. „Epidemia” z Dustinem Hoffmanem!  Skala problemu jeszcze do nas nie dociera, pomimo tego co widzimy. Czasem nawet wysyłamy sobie ze znajomymi głupie smsy typu, ciekawe, czy Ci ludzie zamienią się w Zombie i będzie jak w niektórych grach, jak już oglądamy „na żywo” sceny z filmów.

Ale żarty, żartami. Już w połowie stycznia wirus rozprzestrzenił się w całych Chinach, w połowie lutego setki chorych pojawiły się w Korei Południowej w Iranie i we Włoszech. Czyli jednak jest już niedaleko nas! Gdzieś w środku mam nadzieję, że w Europie damy sobie z nim radę, wszyscy będą współpracować i jak się szybko zaczął wirus, tak się szybko skończy. Słyszę obietnicę Trumpa: „nieograniczone środki na walkę z wirusem i szybkie wynalezienia szczepionki”. Czyli jest szansa! Wszyscy się włączą w walkę i damy radę. Słucham wypowiedzi lekarzy, którzy mówią, że na grypę, też umiera masa ludzi, ale się o tym nie mówi. Każdy ma nadzieję, że nie będzie tak źle. Z jednej strony sobie żartuje, że mamy taki smog, że może koronawirus go nie przebije i do nas nie dotrze, a z drugiej zastanawiam się jak to będzie jak jednak dotrze? Czy będzie tak jak w Chinach? Czy przejdziemy go łagodnie?

4.03.2020 – to będzie dla nas pamiętna data, pierwszy potwierdzony przypadek koronawirusa w Polsce. Teraz już do każdego z nas zaczyna docierać, że to się dzieje naprawdę, że to nie żart, sen ani film. W szkole, to nasz główny temat numer jeden, każdy się zastanawia, jak to będzie przebiegało? Jak sobie poradzimy, gdy będzie dużo chorych? Czy wystarczy sprzętu i lekarzy? Zaczynają się dyskusje, między nami wszystkimi. Jedni mówią, że tak, inni, że nie, a reszta się zastanawia, kiedy zamkną szkoły. Dzisiaj usłyszeliśmy, że możliwe, że za dwa tygodnie już nie będziemy mieć lekcji. Wśród niektórych wybucha euforia, „hurra będziemy mieć wolne”, inni, troszkę bardziej myślący, zastanawiają się jak to wszystko będzie wyglądać, ale tak naprawdę, każdemu z nas wydaje się, że to jeszcze odległa przyszłość.

Z czasem jednak coraz mniej osób żartuje z wirusa, prawie każdy sprawdza, ile jest przypadków. Jak to się rozwija na świecie? Jak sobie radzą inni? Statystyki nas nie pocieszają, gwałtownie rośnie liczba zarażonych i ofiar śmiertelnych! Wirus się rozprzestrzenia, obejmując coraz to więcej krajów.

Szukamy z Heleną początków, jak to się zaczęło i dlaczego? Czytamy o teorii z nietoperzem. Serio? Nas to nie przekonuje, bardziej doszukujemy się teorii spiskowych, typu – pewnie testowali broń biologiczną, coś poszło nie tak i wirus się wydostał, a teraz mutuje. Dla mnie i Heleny, cała sytuacja przestała być śmieszna i nawet głupie żarty niektórych, z naszej klasy, już nie wywołują u nas uśmiechu na twarzy. Dotarłem do artykułu: „Nie żyje lekarz, który jako pierwszy ostrzegał przed epidemią”. Dr Li Wenliang, o koronawirusie swoich współpracowników, informował już 30 grudnia i co rząd zrobił z taką informacją? Lekarz został oskarżony o sianie zamętu poprzez szerzenie plotek i może go czekać za to proces. Aż nie wierzę w to co przeczytałem! A może gdyby go ktoś posłuchał, nie zaszłoby to tak daleko?! Ale co się dziwić, polityka Chin, system komunistyczny, zakłamana wizja kraju i przekaz informacji!!!

Kolejna pamiętna data, 11.03.2020. Lekcje zaczęły się normalnie, na przerwie rozmawiałem z Heleną, Gostkiem i Michałem, jak im idzie przygotowanie do sprawdzianu z geografii, który ma być w piątek, w końcu każdy z nas chciał napisać na 6. Opowiadałem im, że wstałem rano i powiedziałem mamie, że może się okazać, że nie będziemy pisać tego sprawdzianu, bo zamkną szkołę. Pamiętam, jak popatrzyła na mnie i powiedziała – „może tak być, ale chyba jeszcze nie w tym tygodniu, bo nie ma u nas aż tylu zarażonych, na razie jest koło 20”. Żyliśmy szkołą, zadaniami i nadchodzącymi sprawdzianami, a czekało nas sporo, w piątek sprawdzian z geografii, później kartkówka z chemii, angielskiego i fizyki.

Była lekcja historii i rozmawialiśmy z panem Piotrem o naszym filmie, który mieliśmy przygotować na konkurs „Walka o Kresy Wschodnie”. Chcieliśmy ustalić termin, kiedy się wszyscy spotkamy i go nagramy, wtedy usłyszeliśmy przez megafon, głos naszej pani Dyrektor. Zamurowało mnie i w sumie nie tylko mnie…właśnie usłyszeliśmy, że od jutra do 25 marca nie będziemy mieć zajęć. Nie wiedziałem co myśleć, czy to się naprawdę dzieje? Oczywiście część osób bardzo się ucieszyła, ale ja zacząłem się zastanawiać, jest aż tak źle? Może nie podają nam wszystkich danych? Może jest więcej zarażonych osób niż 20? Coś musi być nie tak, że zamykają szkoły!

Po skończonych zajęciach, kiedy każdy z nas odebrał już swój telefon, zaczęliśmy sprawdzać o co chodzi. Przeczytaliśmy „Od 12 marca zostaną zamknięte instytucje kultury, filharmonie, opery teatry, muzea, kina, uczelnie wyższe i placówki szkolnictwa artystycznego”. A jednak miałem nosa, pomyślałem! Uczestniczę w programie „Uniwersytet Dzieci” i zastanowiło mnie już wcześniej to, że moja mama dostała w środę 4 marca smsa – „Szanowni Państwo w związku z decyzją Dziekana wydziału Matematyki i Informatyki UJ, seminarium z „Programowania aplikacji” w dniu 7.03 nie odbędzie się”, wtedy pomyślałem, uff jak dobrze, że przekładają nam zajęcia, bo miałem sporo nauki w weekend, ale teraz zaczyna mi się wszystko składać w jedną całość! UJ zamknął się już wcześniej i dlatego odwołali nam zajęcia! Miałem tylko jedną myśl w głowie, nie wierzę, że przy 20 osobach zarażonych zamykają wszystko!  Dodatkowo, ogłoszenie przez dyrektora generalnego Światowej Organizacji Zdrowia, stanu pandemii, też nie poprawiło mi humoru, tylko podkreśliło „że wszystko będzie dobrze”, staje się coraz bardziej odległą kwestią. WHO podała, że epicentrum pandemii stała się Europa. Chorzy są wszędzie z wyjątkiem Antarktydy. Śledzę na bieżąco informacje dotyczące koronawirusa, który dotarł do ponad 120 państw, a na świecie potwierdzono około 140 tysięcy infekcji. Najgorsza sytuacja jest we Włoszech w ciągu doby zmarło tam 250 osób, prawie wszystkie państwa zaczynają zamykać szkoły, restauracje i sklepy, część państw zamyka granice. Kanada zawiesza prace parlamentu! Czytam i nie wierzę, bo jednak jak coś nie dotyka nas bezpośrednio, to wywołuje szok, ale nie czujemy tego tak jakby się to działo naprawdę.

Następnego dnia moja mama pojechała do Makro, jak wróciła opowiadała, że są pustki na półkach! Brakuje makaronu, ryżu, mąki cukru i … papieru toaletowego, nie wspominam już o środkach do dezynfekcji i rękawiczkach jednorazowych. Kolejki podobno gigantyczne, w sumie do kasy stała ponad godzinę i nie kupiła połowy rzeczy. Opowiadała nam z niedowierzaniem, jakby sama nie wierzyła w to, co przed chwilą widziała. Babcia wpadła w „lekką panikę” i nie dało się jej wytłumaczyć, że spokojnie, to jest pierwszy taki atak ludzi na sklepy po tym jak rząd ogłosił zawieszenie zajęć w szkołach. Uparła się, że mama musi z nią jechać do sklepu i zrobić zakupy, chociaż na trzy dni, a później się zobaczy… Pojechały… babcia wróciła jeszcze bardziej zdenerwowana niż była, mówiąc, że jest jak za czasów komuny, że są puste półki i co teraz będzie i jak my damy radę i co będzie dalej?! Całe szczęście, że moja mama należy do bardzo opanowanych osób i jest daleka od paniki.

20.03. 2020. Cały czas w mediach znajduje informacje, że kolejne kraje ogłaszają stan zagrożenia epidemiologicznego i wprowadzają zakaz opuszczania domów, z wyjątkiem niezbędnych wyjść po żywność czy leki. W wielu krajach ludzie proszeni są o pozostanie w domach. Dzisiaj nasz rząd ogłosił stan epidemii w Polsce, ale jeszcze nie mamy takich obostrzeń. Pocieszające jest to, że nie mamy jeszcze ani jednej ofiary śmiertelnej, chociaż statystyki z zagranicy są przerażające.

Moja mama prowadzi mały kiosk spożywczy i niestety musi jeździć po zakupy do Makro. Jak ostatnio słuchałem z niedowierzaniem, jak opowiadała o tym, co się działo w Makro, tak dzisiaj myślałem o czymś innym. Makro, duży sklep, masa ludzi, kolejki! A co jak będzie tam ktoś zarażony? A co jak się moja mama zarazi? Babcia sieje panikę, twierdząc, że nie potrzeba wojny, żeby tysiące ludzi umarło. Nie pomaga mi, szczególnie, że panika szerzy się bardzo szybko. Cały czas siedzę w domu i myślę, jak tam zakupy? Wyszła już z Makro? Czy było dużo ludzi? Czy wszystko będzie ok? Kiedy wróciła, nie dałem po sobie poznać, że się martwiłem, szczególnie, że ona jest zawsze oazą spokoju i wiecznie powtarza „wszystko będzie dobrze”, albo „damy radę, bo jak nie my to kto?”.

Dzisiaj pierwsza lekcja on-line…24.03.2020. Może niektórzy będą się ze mnie śmiać, ale wpadłem w panikę! Naprawdę! Biegałem po pokoju jak oszalały nie mogąc się połączyć z komputerem, wszystko nagle szło nie tak!!!! Jedyne co usłyszałem to „uspokój się, powoli bez paniki!”, a ja dalej biegałem po pokoju panikując, chyba nawet gorzej niż przed sprawdzianem! Nie wiem czemu, może to lęk przed czymś nowym?! Po lekcji sam byłem w szoku, było ok! Lekcja fajna, a jak pan Tomek się rozłączył, zostaliśmy jeszcze godzinę na Skype i gadaliśmy o totalnych bzdurach, w sumie dawno się nie widzieliśmy i mimo wszystko trochę za sobą tęskniliśmy. Teraz jak sobie pomyślę i przypomnę co odstawiałem przed lekcją, to…aż nie wierzę i sam z siebie się śmieję – spanikowałem! Czego się bałem? Nie wiem, po prostu tak wyszło! Czemu? Nie mam pojęcia!

Premier Morawiecki podał, że w Polsce zostaje wprowadzony zakaz wychodzenia z domu. Ciekawe jak to będzie wyglądało? Kiedy nad tym myślałem, usłyszałem pierwszy komunikat z prośbą o pozostanie w domu. Podbiegłem do okna, żeby zobaczyć co się dzieje i zobaczyłem radiowóz policyjny z wielkim głośnikiem, z którego słychać było komunikat: „Szanowni Państwo tu policja, w związku z ogłoszoną w Polsce epidemią koronawirusa prosimy, aby dla własnego bezpieczeństwa pozostać w domach, jeżeli niezbędne jest opuszczenie miejsca zamieszkania, należy unikać bezpośredniego kontaktu z innymi osobami, zachowując dystans co najmniej 2 metrów. Prosimy o niegrupowanie się, aby zminimalizować ryzyko zakażenia. Apelujemy zostańcie w domach, to od odpowiedzialnej postawy każdego z nas, nie tylko dzisiaj i jutro, ale także przez cały czas trwania epidemii, zależy zdrowie i życie nasze oraz najbliższych”. Wow, czegoś takiego nigdy nie słyszałem, aż sobie nagrałem na telefon. Byłem oszołomiony, zdziwiony i przestraszony, naprawdę można poczuć ciarki, jak się coś takiego słyszy, jakby to był jakiś film, albo wojna!

Osiemnasty dzień izolacji 29.03.2020. Aż nie wierzę, że już tyle dni siedzimy w domu! Wczoraj była naprawdę piękna pogoda, dzisiaj też jest ładnie, a ja jedyne, gdzie mogę wyjść, to na balkon, żeby popatrzyć na park. Stoję i patrzę z lekkim niedowierzaniem! Wszyscy mamy dobrowolną kwarantannę, a u mnie w parku masa ludzi. Jedni spacerują, inni jeżdżą na rolkach i na rowerze, a jeszcze inni ćwiczą na placyku. Z jednej strony sam bym chętnie wyszedł, umówił się z Heleną, poszukał kolejnych przygód, ale wiem, że to nie byłoby ani mądre, ani rozsądne. Patrzę na tych ludzi i zastanawiam się co oni mają w głowach? Naprawdę myślą, że są odporni? Może każdy z nich myśli, że wirus go nie dosięgnie, albo że jak nikt z ich bliskich nie jest chory, to on też nie będzie! Takie właśnie myślenie powoduje, że z dnia na dzień, ilość chorych ludzi się zwiększa. Jeszcze pamiętam jak Pan Tomek mówił, że jest 3000 ofiar śmiertelnych w Europie, a teraz jest ich już 30000! Ludzie zacznijcie myśleć! W tym momencie zauważyłem, jak dwa radiowozy wjechały do parku i rozległ się komunikat nawołujący do rozejścia się, bo jest za dużo osób w jednym miejscu. Część osób szybko uciekła, część patrzyła z oburzeniem, ale i tak zaczęła się powoli rozchodzić.

Powoli zaczynam się czuć zmęczony, tą sytuacją, ale co zrobić. Pierwszy tydzień był takim odpoczynkiem od obowiązków i szkoły, spałem do oporu, czasem nawet do 13! Drugi tydzień, to początek naszych obowiązków szkolnych, zaczęły się zadania i na początku każdy narzekał, że tyle tego mamy, że musimy cały czas siedzieć nad nauką, a teraz? Jakby nie nauka i zadania, to chyba byśmy już lekko ze świrowali. Fakt, czasami mamy, aż za dużo zajęć, bo siedzę nad lekcjami dłużej niż jak chodziłem do szkoły. Czasami jest tak w sam raz, ale gdyby w ogóle nie było zadań i zajęć to ciężko by było samemu organizować sobie dzień po dniu.

Moje przemyślenia, przerwał mój pies, który mi przyniósł piłkę, żeby mu porzucać, no i zaczęło się…biegaliśmy po całym mieszkaniu jak wariaci, wpadając w ściany i wywalając się na zakrętach. Ja rzucałem piłkę, a później go goniłem, żeby mu ją zabrać. Dostaliśmy niezłej głupawki, ale jak normalnie dostałbym za to ochrzan od mamy, to tym razem, nawet się słowem nie odezwała, śmiejąc się razem z nami. Wszyscy zachowywaliśmy się jak dzieci w przedszkolu, tylko babcia czasami krzyknęła, że ją już głowa boli, ale my dalej tam i z powrotem! Widać, że kwarantanna odbiła się nawet na moim psie, też już zaczął świrować, bo chodzi na krótkie spacery, a do tego jest przyzwyczajony, że ja idę do szkoły, mama do pracy, babcia na zakupy, a on ma czas na to, żeby się zakopać pod kocem i spać. Teraz cały czas ktoś jest w domu, więc nie może sobie znaleźć miejsca i spokojnie pospać, przez co też nie wie, co całe dnie ze sobą zrobić.

2.04.2020. Wczoraj rząd wprowadził kolejne ograniczenia. Osoby małoletnie będą mogły wyjść z domu tylko w towarzystwie osób dorosłych. Zamknięto wszystkie hotele, salony fryzjerskie i kosmetyczne, parki, plaże, a w weekendy sklepy budowlane. W sklepach wprowadzono obowiązek zakładania rękawiczek i ograniczono ilość osób przebywających na ich terenie. W godzinach od 10 – 12 sklepy mają być tylko dla seniorów.

Ostatnio słyszymy tylko o ograniczeniach, nowych kwarantannach i wzrastającej liczbie chorych. Czekamy na „nowe rekordy”: rekord zachorowań w ciągu doby w Polsce, rekord zmarłych osób w ciągu doby albo kiedy liczba zakażonych przekroczy na świecie milion, a liczba ofiar śmiertelnych 50 tysięcy! To nie są „chlubne rekordy”, wszystkie te informacje, napawają mnie coraz większym pesymizmem. Mam wrażenie, że to trwa już wieki i nie widać końca. 2692 potwierdzone przypadki w tym 51 śmiertelnych, rekord dziennych zachorowań to na razie 256, u nas w Małopolsce 223 przypadki w tym dwie śmiertelne.

Wszystko się kręci wokół coraz to nowych danych i codziennej rutyny. Wstawanie, sprawdzanie, ile jest nowych zarażonych, nauka, obiad, gra na PS4 ze znajomymi przez net, kąpiel, jakiś film i do spania. Dzień w dzień rutyna. W szkole zawsze się coś działo, zawsze było coś, z czego można się było pośmiać. Jak patrzę przez okno, to przypominam sobie, że rok temu po lekcjach, chodziliśmy na boisko i graliśmy w piłkę, teraz to wydaje się nieosiągalne. Co weekend jeździliśmy gdzieś z Heleną… Tęsknie za tym, brakuje mi przygód, wyjścia na zewnątrz, normalnego życia. Kolejnej zagadki…Teraz jedyne co mi się przypomina to epidemia Cholery w Krakowie w latach 1849 – 1874, która nie ominęła naszego miasta. Gdybym mógł wyjść i spotkać się z Heleną, to szlibyśmy teraz ulicą Starowiślną, a ja tłumaczyłbym jej skąd ta nazwa. Pytałbym, czy wie, że kiedyś koryto Wisły wyglądało zupełnie inaczej? Czy wie, że w 1257 roku główne koryto Wisły biegło wzdłuż obecnej ulicy Dietla i Al. Daszyńskiego? Czy wie, że w czasie ogromnej powodzi w 1813 roku koryto starej Wisły uległo zamuleniu i zmieniło się w cuchnące bajoro, będące siedliskiem bakterii, sprzyjających rozprzestrzenianiu się Cholery? Pewnie byłaby zdziwiona, po czym powiedziałaby, że nazwa Starowiślna, jest jak najbardziej na miejscu, bo na pewno zasypano stare koryto Wisły, zbudowano drogę, a nazwa tej ulicy, jest pamiątką po tym wydarzeniu. A wracając do Cholery, która była chorobą XIX wieku, tak jak Koronawirus, jest chorobą naszego, to zmarło na nią około 40 milionów ludzi na całym świecie. Kraków i Małopolskę, nawiedziły 3 odnotowane epidemie Cholery w latach 1855, 1873 i 1874, dlatego po 1878 roku zaczęto sukcesywnie zasypywać koryto Wisły. W Galicji nie palono ciał, tylko zakładano cmentarze choleryczne i masowe mogiły. Jedna z takich mogił znajduje się na ulicy Lubostroń 1 w Krakowie. U wylotu ulicy św. Sebastiana na tyłach hotelu Royal, stała latarnia umarłych, ponieważ kiedyś znajdował się tam cmentarz dla ofiar epidemii Cholery, która miała ostrzegać przed miejscami nieprzyjaznymi żywym. Dzisiaj ta latarnia nazwana jest potocznie kapliczką św. Gertrudy. U zbiegu ulic Piaskowej i Chełmońskiego znajduje się Krzyż upamiętniający ofiary Cholery, ponieważ tam również znajdował się cmentarz choleryczny. Na Stradomiu w Kościele oo. Bernardynów znajduje się Grób św. Szymona z Lipnicy, który był bernardynem i pomagał chorym podczas epidemii Cholery, na którą sam zachorował i zmarł, a po jego śmierci przy jego grobie odnotowano ponad 370 cudownych łask i uzdrowień.  Rozmyślania nad tym wcale mi nie poprawiły humoru, wręcz przeciwnie, dalej muszę siedzieć w domu, dalej nie mogę się umówić z Heleną, a epidemia Cholery uświadamia mi, że żyjemy w czasach, gdzie szaleje epidemia Covid – 19.

A wracając do rzeczywistości, w zasadzie mamy na bieżąco wszystkie lekcje z wyjątkiem w-f, za którym tęsknię, szczególnie za grą w siatkówkę, a im będzie się robić cieplej na polu, tym będzie trudniej wytrwać w bezruchu. Z jednej strony tęsknię za moimi kolegami i koleżankami, za nauczycielami i lekcjami, a z drugiej strony ciekawy jestem, czy w ogóle wrócimy do szkoły przed końcem roku, a jak tak, to jak sobie poradzimy z przestawieniem się z powrotem na „normalny tryb lekcyjny”. Teraz już chyba każdy z nas, przyzwyczaił się do „nowej, domowej rutyny”. Jest ona o tyle trudniejsza, że niektóre przedmioty musimy przerabiać samodzielnie, co czasami sprawia nam trochę problemów i wtedy przypominają mi się lekcje i to jak nauczyciele potrafili nam jednak wszystko świetnie wytłumaczyć. O ile nowy materiał wydawał się wtedy prostszy niż teraz. Nie sądziłem, że to kiedyś powiem, ale nawet wieczorna gra na PS4 zaczyna się każdemu z nas nudzić. Jak chodziliśmy do szkoły, nie mogliśmy się doczekać, kiedy będzie sobota, dzień bez nauki i będziemy mogli pograć, teraz kiedy mamy na to więcej czasu już nikogo z nas to tak nie cieszy.

Dzisiaj kolejny, nowy etap koronawirusa – śmiertelność, największa od początku trwania w Polsce epidemii. Dalej pod górkę! Szpitale przepełnione, braki personelu i odzieży ochronnej. Zaczynam się denerwować, że scenariusz włoski, czy hiszpański jest coraz bliżej nas. Jak cały czas był jeszcze gdzieś daleko, tak teraz czuję, że jest coraz bliżej…

W maju mieliśmy jechać na wycieczkę do Warszawy…tak się wszyscy cieszyliśmy, mieliśmy już nawet ustalone kto z kim będzie mieszkał w pokoju, a teraz możemy o tym zapomnieć. Miały być super 3 dni, tak jak rok temu we Wrocławiu! Wszystko już było załatwione, nocleg, przewodnik, zajęcia w Centrum Nauki Kopernika i zwiedzanie Sejmu. Teraz musieliśmy wszystko odwołać! Ale mi się przykro zrobiło…

8.04.2020. Już prawie miesiąc jesteśmy w izolacji. Gdyby nie natłok zajęć w szkole, chodziłbym już po ścianach. Za dwa dni mamy się dowiedzieć co dalej, czy zostajemy w domach, czy wracamy do szkoły. W tą drugą opcję nikt nie wierzy, ale każdy się zastanawia jak długo to jeszcze będzie trwać. Prognozy mówią, że szczyt zachorowań będzie pod koniec kwietnia, więc najgorsze dopiero przed nami. Mamy dokładnie 5000 potwierdzonych przypadków i 136 osób zmarłych, a ma być więcej. Pocieszam się jedynie tym, że w niektórych państwach po świętach mają zacząć otwierać sklepy i powoli wracać do normalności, czyli w końcu i u nas tak będzie, tylko nie wiadomo, kiedy.

              Dzisiaj mieliśmy ostatnie lekcje przed przerwą świąteczną. Jak rok temu każdy z nas nie mógł się doczekać tego dnia, to dzisiaj entuzjazm wcale nie był duży. W sumie nic się nie zmieni w obecnej sytuacji, z wyjątkiem tego, że nie będziemy mieli lekcji i zadań. Tak naprawdę będzie gorzej, bo jesteśmy pozamykani w domach, kiedy na polu jest taka piękna pogoda, a święta nie będą takie jak zawsze. Ciekawe czy nieświęcona, święconka będzie smakować tak jak kiedyś? Co roku biegnie się z koszyczkiem, żeby go poświęcić, a później pędem do domu na śniadanie. My nigdy nie czekamy do niedzieli, tylko zawsze w sobotę zajadamy się rzeczami z koszyczka, które tego dnia smakują zupełnie inaczej niż codziennie. Ciekawe jak będzie w tym roku? Hmm na pewno inaczej.

              Dzisiaj mieliśmy spotkanie on-line z naszą wychowawczynią, takie totalnie na luzie, co u nas? Jak się czujemy? Czy chcemy wrócić do szkoły? Mało kto się odzywał, myślę, że to przez to, że jesteśmy tym wszystkim zmęczeni i w zasadzie nie dzieje się nic na tyle ciekawego, żeby o tym porozmawiać. Jedno jest pewne, nawet osoby nie zaliczające się do „asów” szkolnych, wolałyby wrócić do szkoły niż siedzieć w domu.

13.04.2020 – Święta. Wielkanoc to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie, obfitujące w wiele tradycji i zwyczajów ludowych, zaczynając od malowania pisanek, święcenia pokarmów, poprzez oblewanie się wodą. Świętowanie Wielkiej Nocy, rozpoczyna się już w Niedzielę Palmową. Dawniej Palmy robiono samodzielnie z wierzbowych gałązek, bukszpanu, porzeczek, malin, suszonych ziół, piórek i kwiatów. Wierzono, że poświęcona palemka ma magiczne właściwości i przynosi szczęście. Wykonany z niej krzyżyk, wkładano w pierwszą zaoraną ziemię, jej gałązki kładziono pod próg, aby strzegły domowników przed chorobą, a dom przed piorunami. Wierzbowe kotki z palemki połykano, co miało chronić domowników przed bólem gardła i zapewnić wszystkim zdrowie. Wszyscy domownicy, nawet zwierzęta były delikatnie bite palemką, dzięki czemu magiczna siła przechodziła na każdego z osobna. A jakie są mniej znane Wielkanocne zwyczaje w Małopolsce?

  1. Każdy z nas wie jak wykonać pisanki, ale są 3 techniki zdobienia ich. W Krakowie i Łowiczu robi się nalepianki, czyli jajka zdobi się wycinankami z papieru. Na północy Polski słynne są kraszanki, czyli jajka gotowane w wywarze z cebuli, kory dębu, orzecha włoskiego, czy soku z buraków, na których wydrapuje się różne wzory. Na Mazowszu natomiast, słynne są oklejanki, czyli wydmuszki oklejane kolorową włóczką.
  2. Siuda Baba – to zwyczaj, który zachował się w podkrakowskich wsiach. Według legendy Siuda Baba, była kapłanką słowiańskiej bogini Ledy. Przez cały rok pilnowała ognia i źródełka na wzgórzu w Lednicy Górnej koło Wieliczki. Jej życie nie należało do najłatwiejszych, nie mogła się myć ani czesać. Tylko raz w Poniedziałek Wielkanocny, była uwalniana i wtedy mogła spróbować złapać inną pannę, która by ją zastąpiła. Pomagał jej w tym cygan z batem. Dlatego teraz na pamiątkę Siudej Baby, w drugi dzień świąt Wielkanocnych , mężczyzna przebrany za usmoloną kobietę w podartym ubraniu, chodzi w towarzystwie cygan i kilku krakowiaków, od domu do domu, zbierając datki i szukając panien, by wysmarować je sadzą, co oznacza dla nich szybkie zamążpójście.
  3. W Krakowie w Poniedziałek Wielkanocny, odbywa się jeden z najstarszych i najsłynniejszych odpustów w Polsce. Na Salwatorze można zobaczyć kolorowy odpust Emaus, wywodzący się ze średniowiecznej tradycji, kiedy w Wielkanocny Poniedziałek odbywała się procesja religijna z Krakowa do wsi Zwierzyniec. Dziś to głównie kolorowe stragany, na których nie może zabraknąć figurek Żydów, zapewniających bogactwo w całym nadchodzącym roku.
  4. W Brzeszczach, koło Oświęcimia, od rana w lany poniedziałek jest głośno i kolorowo. Ulicami tego miasteczka przechadzają się śmierguśnicy, czyli kawalerowie w kolorowych strojach, którzy jeżdżą po Brzeszczach traktorami i wozami przystrojonymi w choinę i kolorowe kwiaty, polewając panny wodą. Gdy wozy zatrzymują się przed domami przyjaciół i znajomych, wtedy należy ich poczęstować ciastem i wódką.
  5. W Dobrej natomiast, młodzi mężczyźni przebierają się w słomiane stroje i odwiedzają mieszkańców. Nie są to jednak najprzyjemniejsze wizyty, ponieważ robią oni psikusy sąsiadom i pannom, proszą o datki, polewając wodą. Tradycja ta związana jest z legendą, według której przed wiekami do wioski w okresie świąt przybyli jeńcy z niewoli tatarskiej , odziani w łachmany, szukający pomocy. Mieszkańcy przyjęli ich i stąd się wzięła nazwa wsi.

Jednak te święta były zupełnie inne niż wszystkie. Staraliśmy się utrzymać świąteczny klimat, więc w sobotę przygotowaliśmy odświętnie stół i wszystkie rzeczy, które co roku wkładamy do koszyczka do święcenia, z tą różnicą, że poukładaliśmy je na talerzach, na stole. Mama powiedziała mi, że jako jedyny facet, jestem głową rodziny i ja będę święcił pokarmy. Znalazłem odpowiednią modlitwę, babcia przygotowała wodę święconą, a ja poświęciłem domowników i wszystko co leżało na stole. Nigdy nie czekamy do niedzieli ze śniadaniem wielkanocnym, bo zawsze największą frajdą, było jedzenie kiełbasy w drodze powrotnej z kościoła, wtedy smakowała ona jak żadna inna. Dzisiaj zaraz po święceniu, mogliśmy usiąść od razu do stołu. Najpierw stukaliśmy się jajkiem, kolejny rok z rzędu wygrałem, bo moje jajko nie pękło, a potem po złożeniu sobie życzeń usiedliśmy do śniadania. Szczerze nie smakowało tak jak co roku, jednak jest jakaś magia w tym, że się idzie z koszyczkiem do święcenia, a później czując dookoła te wszystkie zapachy, człowiek robi się głodny jak wilk i nie może się doczekać, aż coś zje. Resztę dnia spędziłem z moją mamą w kuchni. Najpierw robiliśmy sałatkę jarzynową, później piekliśmy babkę, a na koniec sernik. Tak mi zleciał w sumie cały dzień, wieczorem pograłem chwilę ze znajomymi przez net w „Fortnite”, a później usiadłem z moją mamą przed telewizorem, bo postanowiliśmy oglądnąć czwarty sezon „La Casa de Papel” na Netflixie.

Uwielbiam ten serial, a w szczególności Profesora, który jest prze mózgiem i potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Ogólnie lubię wszystkich bohaterów każdy z nich jest inny i żadnego z nich nie da się nie lubić. Oczywiście, kibicuję Profesorowi i jego drużynie, a nie policji, chociaż pani inspektor Alicja Sierra jest idealną przeciwniczką dla Profesora. Ten serial uświadomił mi, że kino hiszpańskie jest dużo lepsze od amerykańskiego. Kino amerykańskie, to sami „super bohaterowie”, „ludzie, którzy zyskują nadludzkie moce w sytuacjach kryzysowych” i zawsze mają siedem żyć, spadając na cztery łapy. Kino hiszpańskie jest inne, nie ma takich fajerwerków, a ludzie są po prostu ludźmi z wszystkimi swoimi wadami i zaletami. Popełniają błędy, ulegają emocją i czasem płacą za to życiem. Nie wiem co ten serial ma w sobie, ale wywołuje tyle emocji, że nie da się go po prostu wyłączyć, dlatego skończyliśmy oglądać o 2 w nocy z ciężkim bólem serca, że jeszcze parę odcinków nam zostało, a jest już tak późno.

              W niedzielę obudziłem się o 12.30, więc dobrze, że śniadanie wielkanocne, zjedliśmy w sobotę, bo mój dzień zaczął się od obiadu. To była typowa leniwa niedziela, przed telewizorem, oczywiście musieliśmy dokończyć „La Casa de Papel”. Najsmutniejszym momentem była śmierć Nairobi…a była taka sympatyczna, aż nie mogłem uwierzyć, że ją tak głupio zabili!!! Zobaczyłem żal w oczach wszystkich bohaterów, zobaczyłem, jak przeżywali jej śmierć i wróciłem do rzeczywistości, która nas otaczała. Szalał koronawirus, przez którego umierały kolejne osoby. Patrząc na emocje bohaterów „Domu z papieru”, wyobraziłem sobie, co musi czuć tysiące osób, które dowiadują się o śmierci swoich najbliższych. Jaki to musi być żal i ból, jakie cierpienie. Cieszyłem się, że u mnie w rodzinie każdy jest zdrowy, że nie mamy nikogo zakażonego, kto by leżał w szpitalu i nie musimy się zastanawiać, czy jego życiu grozi jakieś niebezpieczeństwo. Przypomniałem sobie, jak bardzo Nairobi chciała żyć, wolała skończyć w więzieniu, niż umrzeć, to samo musi czuć każda z osób, która trafia do szpitala z diagnozą – koronawirus. Teraz po części, ale tylko po części, zaczynam rozumieć nieodpowiedzialne zachowania niektórych osób, które uciekały z szpitala, mając zdiagnozowanego koronawirusa. Musiał to być dla nich szok, jak wcześniej widzieli w telewizji, ile osób umiera i jak wywozi się trumny do masowych grobów. Przerazili się, że za jakiś czas spotka ich to samo. Poza tym, najsmutniejszą rzeczą jest to, że umiera się w samotności, bez rodziny i bliskich. Nie masz czasu, żeby się pożegnać, nikt nie może cię potrzymać za rękę, ani nie możesz zobaczyć osób, które kochasz po raz ostatni…

Strasznie mnie to wszystko zdołowało, do tego 4 sezon serialu kończy się tak, że już bym chciał wiedzieć co będzie dalej, a jedyną informacją jaką przeczytałem to taka, że z powodu koronawirusa prace nad 5 serią jeszcze się nie zaczęły. Znowu koronawirus!!! Pewnie, gdyby nie mój pies, spędziłbym resztę dnia w kiepskim nastroju. Naprawdę, nawet zwierzęta odczuwają przymusową izolację. Klif dostał bzika, biegał po całym mieszkaniu z góry na dół, z pokoju do pokoju, skacząc po łóżkach, ściągając nakrycia i rzucając swoimi zabawkami. Nie mogłem się przestać śmiać, wyglądał jak wariat, którego nic nie powstrzyma. Nagle pobiegł do łazienki i rzucił się na prysznic, zaczynając go gryźć. Takiego bzika w jego oczach to nigdy nie widziałem. Babcia stwierdziła, że po okresie izolacji, trzeba będzie z nim iść do psiego psychologa, bo coś mu się w głowę stało. Ja przez to, że spałem do 12.30 nie byłem zmęczony, dodatkowo jutro lany poniedziałek, więc już sobie ułożyłem w głowie plan…

              Po wybiciu godziny 24 wyskoczyłem na mamę i babcię z przygotowanym wcześniej zraszaczem! Babcia na początku zaczęła na mnie krzyczeć, a mama podzieliła moją głupawkę i tak przez kolejne parę minut zrobiliśmy w domu „Potop szwedzki”. Babcia chciała nas zamordować, a mama śmiała się jak dziecko, będąc mokrą od stóp do głowy. Oczywiście jak skończyliśmy, musieliśmy wszystko sprzątać, ale było warto, bo takiego Śmigusa Dyngusa nigdy nie miałem, a wiedziałem, że to dopiero początek! Gdy wstałem, mama z babcią obmyśliły plan, niby nic nie było po nich widać, ale czułem, że coś za spokojne są po wczorajszym dniu, dlatego chodziłem cały czas ze zraszaczem. Jednak udało się im uśpić moją czujność, jak babcia poprosiła mnie, żebym przyniósł jej z dołu zraszacz, żeby się mogła bronić. Poszedłem i nie zauważyłem, że moja mama schowała się w tym czasie w łazience i kiedy wracałem ze zraszaczem, nagle na mnie wyskoczyła z butelką wody i tym razem ja byłem cały mokry! I znowu biegaliśmy jak dzieci po domu, oblewając się wodą. Gdyby nie izolacja ani moja mama, ani babcia w życiu by się na coś takiego nie zgodziły, tylko byłyby kazania: „zaraz nam panele wodą nasiąkną”, „zostaną plamy na ścianie” itd. itp. Tym razem nikt o tym nie myślał, wszyscy zachowywaliśmy się jak banda dzieciaków i każdy chciał wygrać! Gdy znowu zalaliśmy pół mieszkania, ogłosiliśmy rozejm na cały dzień i wyznaczyliśmy termin ostatecznej bitwy na 23.30. Oczywiście miałem plan doskonały…!

Chciałem wygrać, a to wiązało się z tym, że nie mogłem być mokry, więc powiedziałem, że każdy zamyka się w swoim pokoju i wychodzi z niego dopiero gdy wybije godzina walki ostatecznej. Ubrałem się od stóp do głowy, dodatkowe spodnie, kurtka przeciwdeszczowa, kominiarka i maseczka do pływania. Biedna mama i babcia nie wiedziały co je czeka! O 23.30 wyszliśmy z pokoju, mama zaczęła się śmiać, jak mnie zobaczyła i oczywiście od razu dostała się na linie strzału, jedyne co się jej udało to zdjąć mi maskę, ale tu niespodzianka! Miałem kominiarkę! Babcia też się przygotowała, bo ubrała sobie kurtkę z kapturem. Oj biedna mamusia, nieźle się jej oberwało, niestety została wielką przegraną przemoczoną do suchej nitki. Jedno jest pewne, ten Lany Poniedziałek na długo zostanie w mojej pamięci. Nie pamiętam, kiedy wszyscy się tyle uśmialiśmy. Naprawdę jakby ktoś na nas patrzył, to by powiedział, że szpital psychiatryczny się do nas „uśmiecha”, bo wszyscy byliśmy jak dzieci.

17.04.2020 Od wczoraj mamy obowiązek chodzenia w maseczkach, naprawdę strasznie dziwne uczucie i widok. Mnie w sumie nie przeszkadzają, ale mama i babcia mówią, że się im gorzej oddycha. Jak stoję na balkonie i widzę przechodzące, zamaskowane osoby, to troszkę chce mi się śmiać, bo nikt jeszcze nie zdążył przyzwyczaić się do takiego widoku, a z tego co słyszałem, mamy chodzić w maseczkach, do chwili wynalezienia lekarstwa, lub szczepionki na COVID-19. Lekki szok!!!

Od dzisiaj ma się zacząć powolny proces odmrażania gospodarki. W sumie na razie nie ma zbyt wielkich zmian, ale mają zostać otwarte parki i lasy, czyli będzie można wyjść na spacer. Z jednej strony to dobra informacja, a z drugiej sam nie wiem co o tym myśleć. Patrzę ilu jest zarażonych i jakoś ich liczba wcale nie spada, dzisiaj rano było ich prawie 300, więc zastanawiam się nad tym, czemu rząd tak postępuje? Z jednej strony rozumiem, że gospodarka chyli się ku upadkowi, ale z drugiej podobno jesteśmy przed szczytem zachorowań. Zastanawiałem się czy chodzi o wybory, czy o to, że koronawirus ma być obecny z nami przez najbliższy rok, lub nawet dwa i musimy się nauczyć żyć w takiej rzeczywistości? Teraz oglądam wiadomości i słyszę, że koronawirus będzie z nami na „dłużej”, a parki i lasy otwierają, bo nikt by nie wytrzymał zamknięcia w domu przez rok, ale trzeba być odpowiedzialnym, w tym jak się postępuje. To akurat racja! Ale dwa lata? Serio? Każdy z nas myślał, że maksymalnie do połowy, albo do końca maja, a później wszystko wróci do normy! Jak teraz pomyślę, że tak ma być nawet przez rok, bo jakoś dwóch nie mogę sobie wyobrazić, to nie wierzę! A dopiero co rozmawiałem z mamą i tak siedzieliśmy i gadaliśmy i tak: rok temu był strajk nauczycieli, na którym ucierpieli ośmioklasiści, w tym roku koronawirus, za rok ja będę ośmioklasistą i co mnie spotka? Chyba nawet nie chcę myśleć!!!

Do szkoły wrócimy, albo nie, dalej to wielka niewiadoma, chociaż każdy w duchu myślał, że spotkamy się na rozdaniu, chyba każdy z nas dalej liczy na to, że data połowa albo koniec maja jest realna, aby się w końcu razem zobaczyć! O Kurczę…teraz myślę, że do końca roku będziemy się uczyć, tak jak do tej pory. W sumie już się przyzwyczaiłem do takiego funkcjonowania i chyba zajęłoby każdemu z nas trochę czasu, żeby się z powrotem przyzwyczaić do normalnej nauki w szkole. Pewnie też, dlatego, obstawialiśmy koniec maja, jak już będzie parę dni do klasyfikacji jako data naszego powrotu. Tęsknię za moimi kolegami i koleżankami i tym jak spędzaliśmy czas, a teraz byłby ten najlepszy! Gralibyśmy w piłkę po lekcjach, a w-f mielibyśmy na boisku szkolnym, wracalibyśmy kółkiem do domu, śmiejąc się z tego co się dzisiaj wydarzyło w szkole, chodzilibyśmy na placyk po lekcjach, żeby posiedzieć na huśtawkach i pogadać o wszystkim i o niczym…

Tęsknię za spacerami, dlatego razem z Heleną, postanowiliśmy po paru miesiącach izolacji iść gdzieś przed siebie mało uczęszczanymi uliczkami, gdzie nie będzie wielu osób. Jeżeli koronawirus ma być z nami, przez najbliższy rok, albo dłużej, to musimy się nauczyć żyć w nowej rzeczywistości i wszystko wskazuje na to, że tak będzie. Co mogę dodać? Odpowiedzialność, rozsądek i życie w nowych realiach. Musimy się przystosować i postępować z głową, aby koronawirus nas nie dosięgnął…

Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

NEKROPOLIE RYNKU KRAKOWSKIEGO

Stanęliśmy z Heleną , tuż przed kościołem Dominikanów przy ulicy Stolarskiej.

  • Wiesz, że to tutaj a nie w Kościele Mariackim, mieściła się najstarsza krakowska parafia? – zapytałem Helenę;
  • Nie, myślałam, że to jednak w Kościele Mariackim.
  • Wiesz, że podczas instalacji grzewczej i wentylacyjnej, odkryto, co kryje się w samym środku kościoła? Pracowano 4 miesiące i wykonano wykop w kształcie litery L o długości ponad 30 metrów i głębokości 2,5 metra.
  • I co odkryto?
  • Archeolodzy i badacze natrafili najprawdopodobniej na pozostałości pierwszego kościoła wzniesionego na tym miejscu przez dominikanów. Znaleziono potężny mur o grubości 1,8 metra, który należał do dawnej elewacji zachodniej kościoła. Drugi odkryty mur, to mur fundamentowy pod filary międzynawowe świątyni, a znaleziska te datowane są na pierwszą połowę XIII wieku. Oba mury były zbudowane z kamienia z niewielkimi ułamkami cegieł.
  • Czyli chcesz mi powiedzieć, że pod tym kościołem był drugi?
  • Tak i był on najprawdopodobniej krótszy o ¼ od obecnego kościoła.
  • A jak głęboko znajdowały się te mury?
  • Jakieś dwa metry poniżej obecnej posadzki.
  • I co jeszcze odkryto?
  • Grobowce datowane na XIV wiek, co oznacza, że ten pierwszy kościół musiał już nie funkcjonować . W podziemiach bazyliki, badacze znaleźli pamiątki po wczesnośredniowiecznej osadzie. Wydobyto szczątki ponad 40 zmarłych. Pochówki datowane są na XIII – XVII wiek, a najciekawsze jest to, że zmarli nie byli chowani w trumnach zbitych z desek, tylko w trumnach wydrążonych w kłodach drewna.
  • Wow, kościół z takimi tajemnicami, rozumiem, że to tylko wstęp do tego, co chcesz mi opowiedzieć.
  • Jak zawsze masz rację, zapraszam, do środka.

Helena nie zdawała sobie sprawy, co ją czeka, w końcu kościół z grobem świętego Jacka to kopalnia kryminalnych zagadek. To prawdziwa mieszanka wybuchowa, nie tylko ze względu na niewyjaśnione do końca zagadki, jak również na osobę samego świętego Jacka. Właśnie weszliśmy na krużganki kościoła Świętej Trójcy.

  • Tyle tu osób, a tak naprawdę czuję tu dziwny spokój – powiedziała Helena.
  • Nie dziwię się, to specyficzne miejsce, w sumie właśnie chodzisz po cmentarzu.
  • Po czym? – zdziwiła się Helena
  • Po jednym wielkim cmentarzu, tak, dobrze słyszysz! Zastanawiam się tylko, czy Ci wszyscy ludzie, spacerujący po tych krużgankach mają świadomość, że podziemne korytarze i pod klasztorna ziemia kryją szczątki około 10 tysięcy zmarłych, zarówno braci dominikanów, jak i dobrodziejów klasztoru, magnatów, książąt czy rektorów uczelni.
  • Serio teraz do mnie mówisz?
  • Tak, całkiem serio. Wbrew pozorom spoczywa tu cała śmietanka krakowska, ponieważ to miejsce, było najbardziej prestiżowym, po Wawelu oczywiście, miejscem pochówku.
  • Wow na to bym nie wpadła.
  • Wiesz, że trasa procesji rezurekcyjnej, co roku biegnie właśnie przez krużganki?
  • Nie.
  • To dlatego, żeby zmarłym zanieść światło Zmartwychwstałego. A wiesz, że nad krużgankami, mieszczą się cele braci?
  • Czyli rozumiem, że mieszkają tak jakby nad cmentarzem.
  • Tak, takie trochę średniowieczne podejście do rzeczywistości.
  • „I Ty który to czytasz, wkrótce w paszczę robaka zawitasz” – przeczytała Helena na jednej z płyt.
  • O tym właśnie mówię, „memento mori” – pamiętaj o śmierci.
  • Aż mnie ciarki przeszły.
  • Tu gdzie znajduje się ogródek, odkryto masowe groby braci zakonnych, zaledwie 50 cm pod powierzchnią trawy, znajdowały się gigantyczne ilości pochowanych braci zakonnych, z głową skierowaną na zachód i nogami na wschód, wszyscy zawinięci w całuny. Byli chowani jak podróżnicy, tak jak święty Jacek, który całe życie podróżował.
  • Święty Jacek to założyciel tego klasztoru dominikanów?
  • Przejął on w 1223 roku budujący się kościółek i na zawsze odmienił charakter tego miejsca.
  • W jaki sposób?
  • Jak już wspominałem, był podróżnikiem, ewangelizował ludność Karyntii, Moraw, Czech, Polski, Rusi i Prus, dlatego został nazwany Apostołem Słowian. Prowadził aktywne życie , kilkukrotnie przemierzył Polskę pieszo. Żywił głęboki kult Matki Bożej, został ogłoszony świętym przez papieża Klemensa VIII w 1594 roku. Był siódmym dominikaninem i piątym Polakiem wyniesionym na ołtarze. Kiedy został przełożonym klasztoru, zorganizował jego działanie i wraz z resztą zakonników rozpoczął pracę kaznodziejską w Krakowie i jego okolicach, a później ich praca szerzyła się wśród Słowian. Widzisz te wysokie schody?
  • Tak.
  • Prowadzą do grobu świętego Jacka, chociaż swoich szczątków kazał bardzo długo szukać, zanim spoczęły w tym grobie.
  • Jak to?
  • Jacek zmarł 15 sierpnia 1257, podobno mszę pogrzebową celebrował biskup Jan Prandota, a Jacka pochowano, właśnie w Kościele Świętej Trójcy, pytanie jednak gdzie dokładnie? Świątobliwych braci nie chowano z innymi. Najpierw został on pochowany gdzieś w okolicy dawnej kaplicy Trzech króli, jednak po wielkim pożarze w XV wieku ślad po nim zaginął. Dopiero w 1543 roku rozpoczęto poszukiwania, jednak jak się okazało natrafiono na szczątki, które miały cztery nogi i pięć rąk. Zaczęto szukać dalej i znaleziono płytę, pod którą znajdowały się kości owinięte w jedwab. Jak się okazało, kości Świętego Jacka. Jak to się mówi, ta historia jest bardzo Jackowa, ponieważ co brał święty Jacek w swoje ręce, było mocno skomplikowane.
  • A jakieś inne historie związane z tym miejscem?
  • Historia rodem jak z filmu CSI. Historia trzech braci, którzy przyjęli habity jeszcze z rąk św. Jacka Wisława, Wacława i Władysława, w Wielki Czwartek po przyjęciu komunii świętej cała trójka umarła. Braci zakonni zaczęli podejrzewać, że bracia dopuścili się jakiegoś strasznego grzechu, albo świętokradztwa, dlatego postanowiono pochować ich za płotem, poza kościołem. Kilkaset lat później, jednemu z braci śnią się trzej dominikanie, skarżący się na niesprawiedliwość jaka ich spotkała i doprowadzając zakonnika do miejsca swojego pochówku. Przeor zarządził inspekcję i bracia zostali pochowani po raz drugi, następnie wybuchł pożar, a kości braci trafiły do Zakrystii, dopiero kardynał Adam Sapieha nakazał godne pochowanie trzech braci.
  • Wow, w tym miejscu życie i śmierć przeplatają się.
  • Dokładnie tak, a wiesz że pochowane są tu szczątki Teofili i Marka Sobieskich?
  • Krewnych Jana III Sobieskiego?
  • Tak to matka i brat.
  • Wow, nie miałam o tym wszystkim pojęcia.
  • Wiem, a teraz zapraszam Cię na Reformacką 4
  • Franciszkanie?
  • Tak! Oglądałaś mumię?
  • Tak nawet chyba 3 części,
  • To będziesz miała okazję zobaczyć ją na własne oczy.
  • Mumię? Tak, chodźmy!

Wyszliśmy z kościoła Dominikanów i udaliśmy się w kierunku ulicy Reformackiej, przeszliśmy raz jeszcze przez ulice Bracką i plac Szczepański… Otóż za chwilę, przed naszymi oczami, powinny się ukazać mumie. W katakumbach kościoła Franciszkanów panują takie warunki, że ciała nie do końca ulegają rozkładowi, wyglądają jak „zasuszone mumie”, na których zachowały się kawałki skóry i części odzieży. Ciekawe, czy Helenie się „spodoba” 😊, o ile się tam dostaniemy…

  • Wiesz, że Kościół Świętego Kazimierza Królewicza, został zbudowany w latach 1666 – 1672. To dom Zakonu Braci Mniejszych, do którego należy nasz ksiądz Jacek, który przygotowywał nas do komunii?
  • I tam znajdują się mumie?
  • Tak w podziemiach Kościoła znajduje się krypta, w której od ponad 300 lat pochowano prawie 1000 osób. Obecnie znajduje się tam około 60 trumien, z czego kilka jest przykrytych szklanymi wiekami.
  • I możemy tam tak po prostu wejść?
  • No właśnie, nie do końca, ponieważ Krypta klasztoru Reformatorów, jest od paru lat zamknięta dla turystów.
  • To jak się chcesz tam dostać?
  • Jak zawsze, liczę na „uśmiech losu”.
  • Aha… czyli musimy się wkraść.
  • Damy radę, chodźmy.

Gdy weszliśmy do kościoła, nie było w nim żywej duszy, od razu zaczęliśmy szukać wejścia do krypty. Tym razem okazało się, że wejście jest zamknięte.

  • Nie, proszę nie, zawsze mieliśmy fart, musimy się tam dostać! – powiedziałem.
  • Patrz, zwykła prosta kłódka, oglądałam ostatnio filmik, jak otworzyć każdą kłódkę.
  • I…. umiesz ją otworzyć?
  • Nie wiem, zaraz się okaże, widziałam, że zrobili to za pomocą spinki do włosów.
  • I jak się to robi?
  • Cicho próbuję, kombinuję, nic nie mów tylko trzymaj kciuki.

Helena zaczęła, coś zginać, rozginać, przekręcać wykręcać, wkręcać… iiiii otworzyła!

  • Chodźmy!
  • Wow, czarownica – włamywacz – zaśmiałem się.
  • Widzisz ile mam nieodkrytych talentów?!
  • Ale tego mam nadzieję, nie będziesz używać na co dzień.
  • No coś Ty, oglądnęłam z ciekawości, bardziej pod twoim kontem, jakbyś nas wpakował w „drogę bez wyjścia”, zatrzasnął za nami drzwi, natrafilibyśmy na kłódkę, będąc obok jakiegoś cmentarza, czy wpadłbyś gdzieś skąd trzeba Cię będzie wyciągnąć.
  • Aha to fajnie, dzięki, mam aż takie zadatki pakowania nas w problemy?
  • Pomyślmy…Wpadłeś do Smoczej Jamy, w sumie nie raz ktoś mógł zamknąć za nami drzwi lub kłódkę gdy my byliśmy w środku, a nikt o tym nie wiedział, nie raz maszerowaliśmy przed siebie żeby dojść nie wiadomo gdzie, gdzie na końcu były drzwi zamknięte na nie wiadomo co.
  • Dobra, dobra, ok masz rację, już mi nie wyliczaj. Ważne że zdobyłaś przydatną umiejętność. Gratuluję dostania się do Krypty.
  • No właśnie, skupmy się, nie mamy wiele czasu.

Zeszliśmy schodami w dół, od razu poczuliśmy ogromną wilgoć…

  • Nie wierzę, zupełnie inne warunki niż na górze – powiedziałem.
  • Aż się dziwnie oddycha.
  • Patrz są mumie! Uwierzysz, że nikt ich nie mumifikował? Zachowały się w tym stanie ze względu na mikroklimat, który tu panuje.
  • Jejku, patrz u niektórych widać nawet rysy twarzy!
  • A zobacz na zakonników, którzy są złożeni bez trumien, leżąc bezpośrednio na ziemi!
  • Powiem Ci, że widok jest szokujący, aż mi się w głowie zakręciło, dziwnie się czuję. Możemy stąd wyjść? To nie to, że się boję, ale mam w głowie, że się tu włamaliśmy i ktoś może zobaczyć, że kłódka jest otwarta i ją zamknie. Poza tym, mam już chyba dość zmarłych na dzień dzisiejszy.
  • Ok, zobaczyliśmy co chcieliśmy, chodźmy.
  • Dzięki!

Wychodziliśmy bardzo powoli, czując na sobie krople wody? potu? Dalej nikogo nie było, więc udało się nam wyjść niepostrzeżenie. Gdy doszliśmy do drzwi, usłyszeliśmy głos.

  • Lubicie szukać wrażeń?

Stanęliśmy jak wryci. Już zaczęliśmy przepraszać, tłumaczyć, że szukamy przygód, że nie chcieliśmy zrobić nic złego, że słyszeliśmy o kryptach o mikroklimacie i mumiach, kiedy… zauważyliśmy, że nie ma nikogo.

  • Ty też słyszałaś to pytanie? Prawda?
  • Tak, ale teraz nikogo nie widzę. Ej mam ciarki na plecach.
  • Ja też!
  • Czy? Czy widzieliśmy ducha?
  • Z naszym szczęściem to możliwe.
  • Ale czemu zniknął?
  • Może dlatego, że nic złego nie zrobiliśmy, chcieliśmy tylko zobaczyć.

W oddali usłyszeliśmy dzwonek dla konających. Na ścianie klasztoru, zachował się dzwonek dla konających, którym dzwoniono, gdy umierał ktoś bliski, był on zawieszony na drewnianej konstrukcji nakrytej daszkiem. Chyba oboje byliśmy bladzi ze strachu.

  • Hektor, przysięgam, nigdy nigdzie więcej się nie włamię
  • A ja z Tobą…

Uciekliśmy ile mieliśmy sił w nogach, klimat mumii i zmarłych wywarł na nas mocne wrażenie. Szukałem logicznego wytłumaczenia, dla dzwonka, starałem się uspokoić, pozbierać myśli i jakoś to racjonalnie wytłumaczyć, nie tylko sobie ale też Helenie, bo była nieźle wystraszona.

  • Wiesz co? Myślę, że ktoś właśnie zmarł, jakaś dusza odeszła i przyszła do kościoła.
  • Patrząc realnie, masz rację, ale to nie zmienia faktu, że stracha mam do teraz.
  • Hela, spokojnie ile razy widzieliśmy duchy?
  • Wiele, ale dzisiaj to wszystko co się wydarzyło i co widzieliśmy to jakieś opowieści z krypty.
  • Tak masz rację, za dużo wrażeń jak na jeden dzień. Musimy się uspokoić i poukładać w głowie co się dzisiaj wydarzyło.
  • Tak, masz rację, wdech i wydech, wdech i wydech….

1200px-O._Sebastian_Wolicki.jpg (1200×1600) (wikimedia.org)
Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

„OBRZĘD DZIADÓW” NA ZAMKU W OGRODZIEŃCU

Zbliżało się Halloween, czyli święto duchów, razem z Heleną postanowiliśmy stawić czoła temu, co nas ostatnim razem tak bardzo przeraziło, kiedy uciekaliśmy stąd przed czarnym psem na łańcuchu. Wieczorem na zamku, miały się odbyć „Dziady”, czyli przedchrześcijański obrzęd zaduszny, którego istotą było „obcowanie żywych z umarłymi”, a konkretnie nawiązanie relacji z duszami przodków. Miałem nadzieję, że wśród przywoływanych duchów, będzie duch Stanisława Warszyckiego, jednego z właścicieli zamku, który był strasznym okrutnikiem. Droga do Ogrodzieńca minęła nam dość szybko. Moja mama zaparkowała samochód i skierowaliśmy się w stronę zamku. Do obrzędu Dziadów, wszystko było już przygotowane. Kupiliśmy bilety i usiedliśmy wygodnie na rozłożonych krzesłach. Całe przedstawienie było oparte na II części „Dziadów” Adama Mickiewicza z tą różnicą, że przywoływano inne duchy. Z kategorii „duchy lekkie”, przywołano ducha Anzelma, odbywającego służbę u Seweryna Bonera. Po dwóch latach służby, chciał powrócić do swojego rodzinnego Józefowa, gdzie zostawił swoją piękną żonę, jednak Seweryn postawił mu warunek – miał wykopać studnię. Biedak kopał ją całe swoje życie i dopiero będąc staruszkiem zobaczył w niej wodę. Kiedy wyszedł na powierzchnię, jego serce nie wytrzymało i zmarł, a woda w studni zniknęła na zawsze. Do „duchów średnich”, należeli dwaj bracia kierujący się w swoim życiu chciwością i chęcią gromadzenia skarbów, przez co wykorzystali wiele osób. „Duchami ciężkimi” byli niewierna żona Seweryna Bonera i Stanisław Warszycki, który oprócz tortur dopuścił się morderstwa. Przy jego postaci przedstawionych było wielu poddanych, skarżących się na złe traktowanie, skazywanych na tortury, karę chłosty czy bitych do nieprzytomności. Pojawiła się także zamurowana żona, życząca swojemu oprawcy, aby nigdy nie zaznał spokoju. Przedstawienie było naprawdę niesamowite i bardzo się cieszyliśmy, że mogliśmy je oglądnąć. Po jego zakończeniu postanowiliśmy przejść się jeszcze wokół zamku zanim wrócimy do domu. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem, zarówno tego miejsca jak i całego przedstawienia obrzędu Dziadów.

  • Hektor, czy słyszysz to co ja? – zapytała Helena.
  • Nie wiem czy to co ty, ale ja słyszę brzdęk łańcucha.
  • O nie błagam, niech to znowu nie będzie ten upiorny pies!
  • Właśnie dokładnie o tym myślę!

Poczułem ciarki na plecach, a gdy popatrzyłem na Helenę zauważyłem, że jej twarz jest biała, jakby ją ktoś kredą pomalował.

  • Halo, czy jest tu ktoś? – zapytałem z przerażeniem.

Cisza, nikt się nie odezwał! Znowu usłyszeliśmy brzdęk łańcucha, który jakby się do nas zbliżał. Nagle usłyszeliśmy głos:

  • Kto nie był ni razu człowiekiem, temu człowiek nie pomoże.
  • Hektor, czy to nie są słowa z „Dziadów” Adama Mickiewicza?
  • Są, a najgorsze jest to, że te słowa wypowiadał najcięższy duch – powiedziałem z przerażeniem.
  • Jestem Stanisław Warszycki, czuję, odkąd pojawiliście się na moim zamku, że chcecie mnie o coś zapytać? Jednak nie pytajcie o skarby, są tylko moje i nigdy nikomu nie powiem, gdzie je ukryłem! – krzyknął z przerażeniem!
  • Czy to prawda, że pojawiasz się na zamku jako czarny pies? – to były jedyne słowa, które potrafiłem z siebie wydusić.
  • Mówiłem, skarby są tylko moje, nikt mi ich nie odbierze – krzyknął donośnym głosem.
  • Dobrze, dobrze spokojnie, nie chcemy twoich skarbów, chcemy wiedzieć, jak to jest być duchem?
  • Nigdy nie zaznam spokoju, moja dusza jest przeklęta za to kim byłem w życiu, nie pomogą mi ani modlitwa, ani żadna ludzka dobroć. Miałem wszystko, korzystałem z życia bezmyślnie, a ludzi uważałem za śmieci, nie doceniałem co miałem, a teraz mogę tylko patrzeć a nie mogę wziąć ani dotknąć.
  • Jakich dopuściłeś się grzechów?
  • Torturowałem ludzi, biłem ich i poniżałem, zamordowałem Magdalenę Konopacką, obiecałem córce posag, ale nic jej nie dałem, bo byłem chciwym człowiekiem. Dopuściłem się rzeczy niedopuszczalnych i nie ma dla mnie ratunku. Nawet diabeł miał mnie dość, dlatego zabrał mnie do piekła, gdzie cierpię okrutne męki. Co noc wracam tutaj pod postacią czarnego psa na długim trzy metrowym łańcuchu, aby pilnować moich skarbów, ale nic mi już po ziemskich rzeczach, które ani życia mi nie wrócą, ani nie będą zapłatą za mój wieczny spokój.

Po tych słowach duch zaczął się oddalać. Staliśmy z Heleną jak wmurowani, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Aktorzy grający w przedstawieniu, chyba nie mają świadomości, jak realnie oddali obrzęd Dziadów, skoro udało im się przywołać prawdziwego ducha.

  • Tej potępionej duszy nikt już nie uratuje – wydusiłem z siebie po chwili.
  • Zasłużył sobie na taki los, poza tym do tej pory ma obsesję na punkcie swoich skarbów. Szkoda tylko, że je ukrył, ale nikomu nie powiedział gdzie, a teraz za karę musi ich pilnować –dodała Helena.
  • Jaki z tego wniosek? Nie warto być chciwym ani okrutnym, bo po śmierci czeka nas wieczna męka, zamiast spokoju w niebie – powiedziałem.
  • Amen! – zaśmiała się Helena – Wracajmy do domu.
Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

CZARNY PIES

Był piękny majowy dzień i na dodatek wolny od szkoły. Postanowiliśmy z Heleną pojechać do zamku w Ogrodzieńcu. Z tym zamkiem wiążą się różne legendy, oczywiście są ukryte skarby, jest pies i są duchy, czyli wszystko co lubimy najbardziej. Nie ma tylko ku rozczarowaniu Heleny, czarownicy. Jadąc do zamku postanowiłem opowiedzieć Helenie kilka ciekawostek o tym miejscu.

  • Wiesz, że właścicielem tego zamku był Stanisław Warszycki, patriota, który podczas Potopu Szwedzkiego stał u boku Jana Kazimierza i bronił między innymi Częstochowy?
  • No proszę to jedziemy do zamku bohatera narodowego.
  • No niby tak. Był świetnym gospodarzem, gościł najznamienitszych dygnitarzy polskich, dbał o rozwój rzemiosła i rękodzieła na swoich ziemiach, ale miał tez swoją mroczną stronę. Był człowiekiem bardzo okrutnym, który uwielbiał tortury i stosował je na swoich poddanych, nawet w bardzo błahych sprawach. Szczególnie okrutny, był dla swoich żon, jedną bił, a drugą zamurował żywcem, a później wysadził tą część zamku.
  • Wiesz, jak słucham i poznaje wszystkie legendy związane z zamkami, dochodzę do wniosku, że kobiety miały naprawdę przerąbane w tamtych czasach, albo się nad nimi znęcali, albo mordowali, albo zamykali. Jak ja się cieszę, że się wtedy nie urodziłam.
  • Muszę przyznać, że ładna z Ciebie dziewczyna, więc pewnie jakiś książę albo bogacz by Cię porwał na swój zamek i zamknął, tak żeby Cię nikt mu nie ukradł.
  • Haha, nie żartuj sobie ze mnie – powiedziała z zaczerwienieniem na twarzy Helena.
  • Nie żartuje – uśmiechnąłem się.
  • Serio? Uważasz, że jestem ładna?
  • Bardzo ładna – dodałem lekko zmieszany. Ale wróćmy do legendy. Na czym skończyłem? Aha, już wiem na okrutniku Warszyckim. Według opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie Warszycki, jeszcze za życia został porwany przez diabła do piekła, skąd wraca nocami na zamek, pilnować swoich skarbów ukrytych przed wszystkimi. Był sknerą, nikomu nic nie chciał dać, nawet swoim córkom nie dał w posagu jednego talara.
  • To dobrze, że go diabeł do piekła zabrał – zaśmiała się Helena.
  • Podobno mieszkańcy widzieli nie raz ogromnego czarnego psa, pobrzękującego długim na trzy metry łańcuchem, a nocą żaden koń nie ośmielił się przejść przez zamkową bramę.
  • Ciekawe, ile w tym prawdy – powiedziała zamyślonym głosem Helena.

Z parkingu do zamku, czekała nas piesza wycieczka, podczas której podziwialiśmy jak wszystko dookoła zakwita i czuć już było w powietrzu zbliżające się lato. Mieliśmy idealną pogodę na spacer.

  • A jakie są tu ukryte skarby? – zapytała Helena.
  • Wiesz, mieszkali tutaj także dwaj bracia, słynący z niezwykłej łatwości w realizacji swoich planów i pomysłów, dzięki czemu szybko się bogacili. Niestety często jest tak, że im ktoś jest bogatszy, tym bardziej chciwy i tak też było z tymi braćmi. Gromadzili skarby, ale skrzywdzili przy tym wiele osób, dlatego pokarało ich, ponieważ oboje zmarli równocześnie.
  • Chciwość jest straszną cechą, chociaż my krakowianie podobno jesteśmy centusiami – zaśmiała się Helena.
  • Fakt, nie lubię wydawać pieniędzy na bzdury, ale nie ściemniam, że nie mam jak mam, ale pożyczam tylko jak wiem, że ktoś mi odda.
  • To w takim razie stawiasz dzisiaj lody, bo ja nie mam kasy.
  • Ok, ale następnym razem twoja kolej, w końcu mamy równouprawnienie. A wracając do braci, wiesz, że zostawili testament, w którym kazali pochować się na zamkowym dziedzińcu i wystawić straż, która miała ich pilnować w dzień i w nocy?
  • Pewnie chcieli jako duchy pilnować swoich skarbów.
  • No powiem Ci moja droga dobre miejsce na tegoroczne Halloween, bo podobno duchy osób, które skrzywdzili bracia zaczęły nawiedzać ich groby tak, aby nie mogli nigdy spocząć w spokoju, a straż, która ich pilnowała musiała te duchy odpędzać, używając mieczy zanurzonych w wodzie święconej. Podobno do dziś, duchy wartowników walczą z duchami skrzywdzonymi przez braci.
  • To im współczuje, całe życie walka i po śmierci też walka. Chcę jeszcze jakąś historię miłosną, bo na pewno jakaś jest związana z tym miejscem.
  • Ok, zaraz Ci opowiem, tylko chodźmy pozwiedzać zamek, bo już 14 się zbliża.
  • Przecież idziemy, ale jest taka ładna pogoda, że strasznie leniwa dzisiaj jestem.
  • No proszę, proszę, rzadko to od Ciebie słyszę – uśmiechnąłem się.
  • Opowiadaj kto tu kogo kochał i kto kogo zamordował.
  • Stanisław Boner, miał córkę niezwykłej urody, a nazywała się ona Olimpia. Miała wielu kandydatów na męża, ale zakochała się w młodziutkim rycerzu Stanisławie Kmicie. Ojciec nawet nie chciał myśleć o tym, że to miałby być jego zięć, uważał, że jest wielu lepszych kawalerów. Do tego młody Kmita był katolikiem, a ojciec Olimpii zażartym zwolennikiem protestantyzmu. Wybuchła wojna. Przy pożegnaniu z ukochaną, młody rycerz obiecywał, że będzie do niej pisał i czekał na listy od niej. Niestety ojciec się o tym dowiedział i chował wszystkie listy do i od córki. Młody Kmita nie mógł zrozumieć, co się stało i czemu ukochana mu nie odpisuje, dlatego wysłał do niej giermka z listem, oczekując odpowiedzi na wysokiej stromej skale. Niestety i ten przechwycił ojciec, przekazując niby od córki list, w którym pisze, że widząc beznadziejność ich miłości i upór ojca, ma zamiar wyjść za mąż za kogoś innego. Rycerz po przeczytaniu odpowiedzi od ukochanej, rzucił się w przepaść. Biedna Olimpia dowiedziała się o tym podstępie i o tym co spotkało jej ukochanego, dlatego postanowiła wyskoczyć z górnego okna południowej wieży. Od tego czasu można spotkać ducha Olimpii, spacerującego po zamku, ubranego w białą suknię.
  • Czyli jak zawsze, kolejne miejsce bez wielkiej szczęśliwej miłości.
  • Ale opowiem Ci śmieszną historię, chodźmy do kaplicy zamkowej.
  • Dobra chodźmy.
  • Jak widzisz nie ma tutaj drzwi, a wiesz, dlaczego?
  • Nie, ale zaraz mi powiesz – roześmiała się Helena.
  • Piękna i młoda żona Seweryna Bonera, krakowskiego bankiera i żupnika, do wiernych nie należała. Pod nieobecność męża umawiała się z innymi adoratorami, jednak zawsze bała się, że mąż ją w końcu nakryje. Pewnego razu postanowiła iść do kaplicy i pomodlić, aby jej igraszki nie wyszły na jaw.
  • Bardzo mądrze nie ma co, modlić się o ukrycie czegoś, chyba kiepski pomysł?
  • Bardzo kiepski, bo zerwał się straszliwy wiatr i drzwi do kaplicy się zatrzasnęły. Mąż z całą służbą, szukał swojej żony, ale nigdzie jej nie mógł znaleźć. W końcu dotarli do kaplicy, ale drzwi były zamknięte, więc służba je wywarzyła. Okazało się, że żona leżała martwa na schodach kaplicy.
  • Czyli dopadła ją „kara Boska”?
  • A wiesz, gdzie teraz są te drzwi?
  • Nie.
  • Kiedyś, podczas nieudanego napadu na zamek – ponieważ złodziei przepędziła służba – zostały skradzione tylko te wyważone drzwi.  Złodzieje zanieśli je do swojej siedziby w Okienniku Dużym Skarżyckim i umieścili je w skale. Odtąd zamykały one wejście do ich kryjówki, a obecnie są tutaj w kościele ogrodzienieckim i zamykają zakrystie.
  • Ale numer, czyli skoro te drzwi istnieją naprawdę, to musi być coś prawdziwego w tej historii.

Spacerowaliśmy po dziedzińcu i zobaczyliśmy starą studnię.

  • Chodź wrzucimy pieniążka i wypowiemy życzenie – powiedziałem do Heleny.
  • To studnia, która spełnia życzenia, ale powiem Ci szczerze, lepiej nad nią nic nie wypowiadać.
  • Wow, a skąd wiesz? Czyżbyś znała jakąś historię, której ja nie znam? – zapytałem z niedowierzaniem Helenę.
  • Tak znam. Ta studnia jest pechowa. U Seweryna Bonera odbywał służbę młody żołnierz Anzelm, ponieważ zostawił w domu piękną i młodą żonę, po dwóch latach służby poprosił Seweryna, aby ten pozwolił mu wrócić do rodzinnego Józefowa. Seweryn się zgodził pod warunkiem wykopania studni na dziedzińcu. Pełen zapału Anzelm zabrał się do drążenia studni, ale zaczęły mijać dni, miesiące i lata a wody w studni nie było. Jego żonę uprowadzono i stała się czyjąś nałożnicą. Kiedy Anzelm był już zniedołężniałym starcem, ujrzał w końcu wodę, Seweryn musiał go puścić do domu, jednak, kiedy starzec wyszedł ze studni na powierzchnię, jego serce nie wytrzymało i zmarł. W tej samej chwili woda ze studni znikła, podobno Anzelm zabrał ją ze sobą do grobu.
  • To faktycznie lepiej nad nią życzeń nie wypowiadać, Anzelm chciał wrócić do domu, ale przez kopanie studni nigdy się więcej nie zobaczył z żoną. Na studni powinien być napis: uważaj czego sobie życzysz, bo dostaniesz dokładnie coś odwrotnego.

Było już popołudniu, postanowiliśmy iść na obiad i na lody. Czas biegł nam wyjątkowo szybko i zanim się obejrzeliśmy słońce zaczęło już zachodzić. Zamek wyglądał fantastycznie, czuliśmy się jak w jakiejś bajce i nawet nie pomyśleliśmy o tym, że nic nie znaleźliśmy, nic nie odkryliśmy, tylko tak naprawdę cały dzień minął nam na rozmowach o zamku i jego legendach.

  • Dobra dzieciaki, czas wracać! – usłyszeliśmy głos Mamy.
  • Tylko nie dzieciaki, my już młodzież – zaśmiała się Helena.
  • Dobra, dobra wsiadać, wracamy do domu.

Kiedy wsiedliśmy do samochodu, zobaczyliśmy nadciągające ciemne chmury. Byliśmy już ostatni na parkingu i nagle nie było widać wokoło żywej duszy. Zrobiło się mroczno….

  • Nie wiem, co się stało, nie mogę odpalić samochodu?!
  • Jak to? Zepsuł się?
  • Nie wiem, nie mam pojęcia, przecież wszystko było ok. Jak na złość nie ma tutaj nikogo, jesteśmy sami, a przydałby się jakiś facet, który by zobaczył co się stało!
  • To zadzwońmy po lawetę.
  • Macie telefony, bo mój mi właśnie padł – powiedziała mama.
  • Ja nie brałem dzisiaj – odpowiedziałem.
  • A w moim też się rozładowała bateria – dodała Helena.
  • To pięknie, czyli jesteśmy w ciemnej dziurze. Dobra zrobimy tak, zejdziemy na dół do domów przy drodze i stamtąd wezwiemy lawetę.

Popatrzyliśmy na siebie z Heleną porozumiewawczym wzrokiem.

  • Mamo, to ty idź zadzwoń, a my tu poczekamy.
  • Mam was tu zostawić?
  • Mamo, nie jesteśmy dziećmi, nic się nam nie stanie, jesteśmy na parkingu.
  • Ok, ale macie się stąd nie ruszać, ja za chwilę wrócę.
  • Ok – powiedzieliśmy zgodnie.

Mama ruszyła w dół zamku, a my…?!

  • Dawaj, idziemy na zamek, zobaczymy, czy legendy są prawdziwe!
  • Wiedziałam, widziałam twój uśmiech jak się okazało, że nie mamy, jak lawety wezwać.
  • No chodź, przecież jesteśmy łowcami tajemnic.

Wysiedliśmy z auta, wiał silny wiatr, a niebo zasłonięte było ciemnymi chmurami. Postanowiliśmy podejść pod zamek. Mieliśmy niezły ścisk w żołądkach, bo sceneria otaczająca zamek, była naprawdę mroczna, brakowało tylko burzy z piorunami. Kiedy stanęliśmy na zamkowym dziedzińcu, byliśmy naprawdę wystraszeni, to pewnie przez te historie, które opowiadaliśmy sobie cały dzień.

  • Boisz się? – zapytała Helena.
  • Nie, ale jestem lekko zestresowany – odpowiedziałem.
  • A słyszysz coś?
  • Nie, nic, cisza jak makiem zasiał.
  • To wcale dobrze nie wróży!

Nagle usłyszeliśmy pobrzękiwanie łańcucha.

  • Słyszysz to? – zapytała Helena.
  • Tak, a teraz słyszę warczenie.
  • Ja też, ej boję się i wcale nie żartuje spadajmy stąd!

W oddali zobaczyliśmy zarys wielkiego psa, który powoli się do nas zbliżał, warcząc ostrzegawczo. W ciemności widać było tylko jego błyszczące oczy, ale słychać było jak dyszy warczy i stawia coraz szybsze kroki.

  • Biegiem Helena! Ile sił w nogach! – krzyknąłem!
  • Uciekamy! Zabiję Cię Hektor, jak ten pies mnie dogoni!!!!

Zaczęliśmy biec najszybciej jak potrafiliśmy, jednak słyszeliśmy za sobą warczenie i szczekanie goniącego nas psa, do tego te odgłosy łańcucha…Byliśmy przerażeni. Nagle w oddali zapaliły się światła. To mama, na pewno mama odpaliła auto, bo zaświeciła światła!!! Mieliśmy wrażenie, że zaraz nam płuca wyskoczą, ale udało się nam dobiec do samochodu. Kiedy wsiedliśmy, nie mogliśmy wydusić z siebie ani słowa.

  • Mieliście czekać w aucie! Gdzie wy poszliście? Myślałam, że umrę na zawał, jak wróciłam a was nie było! – krzyknęła na nas mama.
  • Chcieliśmy, chcieliśmy sprawdzić, czy legenda o psie jest prawdziwa. – powiedziałem ciężko łapiąc oddech.
  • I co, jest? – zapytała z wściekłością w głosie Mama.
  • Mamuś popatrz przed maskę….

Cała nasza trójka popatrzyła przez przednią szybę. Wszyscy zobaczyliśmy ogromnego czarnego psa, który warczał z wściekłością, jednak zatrzymał się na linii światła i cienia. Widać było, że światło z reflektorów trzymało go z dala od nas. Cała nasza trójka miała przerażone miny.

  • Dobra, widzę, że znaleźliście to czego szukaliście, kazanie na temat waszego braku odpowiedzialności będzie za chwilę, bo czas się stąd zbierać – powiedziała mama, wycofując auto.

Im bardziej się cofaliśmy i światła z reflektorów odsuwały się od psa, tym bliżej auta podchodził, a kiedy mama skręciła, żeby zjechać uliczką w dół, pies ruszył za nami jak oszalały. Gonił nas, dopóki nie dojechaliśmy do drogi głównej, tam stanął, popatrzył za nami i ruszył pędem w stronę zamku. Żadne z nas nie powiedziało przez dłuższą chwilę ani słowa. Mieliśmy w głowach tylko jedno – Legenda jest prawdziwa.

Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

BRACKĄ, DO NEKROPOLII RYNKU KRAKOWSKIEGO

🙂 🙂 🙂

Po naszej ostatniej przygodzie, postanowiliśmy ruszyć śladami nekropolii, które znajdują się w rynku. Podróż podziemiami rynku nie dawała nam spokoju, skąd się tam znalazły te kości i czy jest więcej takich tajemniczych miejsc w Krakowie? Co do placu Szczepańskiego, poszukałem informacji na ten temat i coś mi się rozjaśniło w głowie… Kiedy po raz kolejny stanęliśmy z Heleną na placu, zapytałem

  • Jak się czujesz, stojąc teraz na płycie placu, a nie pod nim?
  • Powiem Ci, że dużo lepiej, bo nie kryję, że miałam ostatnio stracha. A jak sobie przypomnę te kości, to dalej mam ciarki na plecach.
  • Wiesz, szukałem informacji na ten temat i wiesz co znalazłem?
  • Czekam z niecierpliwością.
  • Na naszym obecnym Placu Szczepańskim stał prawdopodobnie od XIII do XIX w., kościół Świętego Szczepana, który był jedną z czterech najstarszych parafii w Krakowie i należał do zakonu jezuitów. W 1732 roku kościół został odebrany zakonowi i przeszedł pod patronat Akademii Krakowskiej. Opis tego kościoła pochodzi z 1748 roku i był on zawarty w aktach wizytacji biskupiej. Według tego opisu kościół był otoczony cmentarzem, a przy południowym murze świątyni znajdowała się kostnica.
  • I co się stało z kościołem i z cmentarzem?
  • Kościół podupadł i w 1797 roku władze austriackie zdecydowały o przeniesieniu parafii do kościoła karmelitów na Piasku. Podobno relikwie świętych przeniesiono do kościoła karmelitów, a wyposażenie do innych kościołów. Pozostałą część sprzedano na licytacji, a resztę zburzono. Co się stało z cmentarzem, nie znalazłem, jedyne co jest napisane, to że cmentarz zniesiono, a jego mury rozebrano. A te szczątki które odnaleziono podczas prac archeologicznych, podobno spoczęły w jednej z krypt Kościoła Mariackiego.
  • Aha, czyli tak naprawdę nie wiadomo, gdzie przenieśli cmentarz, o ile go w ogóle przenieśli?
  • Dokładnie tak, a jak wynika z naszych obserwacji, chyba nie wszystko przeniesiono.
  • To gdzie się teraz wybieramy?
  • Na Stolarską do kościoła Dominikanów. Idziemy przez ulicę Bracką.
  • A czemu akurat tamtędy?
  • Żeby się trochę odciąć od mrocznych tajemnic Krakowa i poszukać, tych bardziej przyjemnych, zanim znowu pogrążymy się w mrocznych – uśmiechnąłem się.

Kiedy przechodziliśmy przez płytę rynku, popatrzyliśmy z sentymentem na Restaurację Ratuszową, gdzie siedzieli uśmiechnięci ludzie, którzy nie mieli pojęcia, jaka jest historia tego miejsca i co się znajdowało kiedyś w podziemiach. Uśmiechnęliśmy się do siebie i za parę sekund, stanęliśmy na rogu rynku i Brackiej.

  • Wiesz co jest nietypowego w tej uliczce? – zapytałem Helenę.
  • Nie, a jest coś nietypowego?
  • To jest jedyna „krzywa” uliczka odchodząca od rynku.
  • Jak to krzywa?
  • Wszystkie są w linii prostej, a ta jedna nie.
  • Czemu?
  • Dobre pytanie, nie znam dokładnej odpowiedzi, mogę jedynie przypuszczać. Tylko Pałac Potockich na który patrzymy, przedstawia oryginalną wielkość działki lokacyjnej, reszta kamienic była przebudowywana, łączona czy burzona.
  • A wiesz dzięki komu ta ulica stała się sławna – zapytała mnie Helena.
  • Nie, a Ty wiesz?
  • Tak, dzięki Grzegorzowi Turnau, który napisał piosenkę „Bracka”. Wiesz, że jest on współwłaścicielem kawiarni literackiej „Nowa Prowincja”, która się znajduje na tej ulicy?
  • Nie miałem o tym pojęcia.
  • Bracka, to najbardziej literacka ulica współczesnego Krakowa, wiesz że działa tu domofon, dzięki któremu można posłuchać głosów stałych bywalców lokalu min. Ewy Lipskiej, Adama Zagajewskiego, Ryszarda Krynickiego, Bronisława Maja, Czesława Miłosza, czy Wisławy Szymborskiej. Po drugiej stronie ulicy, właśnie na kamienicy Potockich, przez cały rok są wyświetlane wiersze i każdy może się przyłączyć do tej akcji.
  • No proszę, miło mnie zaskoczyłaś.
  • Cieszę się, ja też się interesuję Krakowem i jego historią.
  • To co jeszcze wiesz o kamienicach na tej ulicy?
  • Pod numerem 3 – 5 kiedyś była wieża obronno – mieszkalna, dom nr 6 jest nazwany meduzą, ponieważ nad jej wejściem widnieje wizerunek meduzy oplecionej dwoma wężami, kamienica nr 7 to miejsce gdzie mieszkała ukochana Adama Mickiewicza, którą poznał podczas pobytu w Rzymie, ale jej ojciec nie uważał Adama Mickiewicza, za najlepszego kandydata na męża. Podobno jest ona pierwowzorem Ewy z III części Dziadów, oraz adresatką wierszy poety „Do mego Cziczerona”, „Do H…wezwanie do Neapolu”. Niestety była to nieszczęśliwa miłość, a jego ukochana wyszła dwa razy za mąż i okazała się bardzo rozrzutna i nie ekologiczna, bo wyrąbała sporą część lasu na Woli, aby mógł powstać pałac Decjusza. Na tej ulicy znajdowały się cech złotniczy i kowalski, kamienica Pieniążków czy Pałac Larisha i Sanguszków.
  • No proszę, jestem w szoku. Masz jeszcze coś ciekawego?
  • Tak, mieszkał tu Jan Długosz, czy wspomniany przeze mnie wcześniej Grzegorz Turnau.
  • Ok, wiesz czemu ta ulica jest krzywa?
  • Nie, nie mam pojęcia i szczerze nawet przez myśl mi nie przeszło, że to jedyna krzywa ulica odchodząca od rynku.
  • W 1237 roku na polecenie księcia Bolesława Wstydliwego, do Krakowa został sprowadzony zakon Braci Mniejszych Franciszkanów. Zostali oni ulokowani na obecnym placu Wszystkich Świętych. 20 lat później lokowano Kraków i została poprowadzona ulica łącząca Kościół Franciszkanów z Rynkiem. Ponieważ była prowadzona do Braci Mniejszych, nazwano ją Bracką ale w przeciwieństwie do innych ulic była nierówna i nieregularna. Co z tego wynika?
  • Że coś musiało stać na drodze, że nie zbudowano prostej ulicy.
  • No właśnie i teraz pytanie co?
  • Szukałeś o tym informacji?
  • Tak, jedyne co znalazłem, to tyle, że krzywizna jest dowodem na to, że przed lokacją miasta w 1257 roku istniała jakaś zabudowa, którą ówcześni urbaniści musieli uwzględnić, wytyczając plan Krakowa.
  • I nie wiadomo co to było?
  • Nie, szukałem, ale kamienice były wiele razy przebudowywane i nigdzie nie ma jasnej odpowiedzi na to pytanie.
  • A Ty jak myślisz? Co to było?
  • Mnie pasuje ta wieża mieszkalno – obronna, ponieważ tylko ona sięga swoją historią czasów lokacji i była pierwszą siedzibą władz miejskich, ale wójt Henryk w latach 1311 – 1312 wzniecił powstanie przeciw Łokietkowi i od czasów tej rebelii urząd wójtowski przestał być dziedziczony. Dodatkowo po lokacji pod adresem 1 – 1a, czyli Kamienicą pod Ewangelistami lub inaczej Kamienicą Lanckorońskich wzniesiono mieszkalną wieżę, którą się identyfikuje z funkcjami najstarszego ratusza i siedzibą wójta.
  • Dwie siedziby władz miejskich i dwa stanowiska wójta, raczej nie mogły funkcjonować?!
  • No właśnie, więc według mnie którąś wieże trzeba było zburzyć. A przed lokacją funkcjonowała tylko jedna, ta pod numerem 3-5, więc musieli wytyczyć drogę obok tej wieży, może stąd to zakrzywienie?! Później konflikt z Łokietkiem i odebranie tytułu dziedziczenia wójtostwa i po lokacji ustanowienie innego wójta i postawienie nowej wieży.
  • No, to ma sens w końcu ulica nie mogła biec pod samą siedzibą władz miejskich, musiał być odstęp, więc zakrzywienie ma sens. Po konflikcie z Łokietkiem wieżę zburzono i przeniesiono siedzibę władz, a droga została…
  • Czyli myślisz tak jak ja – uśmiechnąłem się – Ale wiesz, że to tylko nasza dedukcja, nigdzie nie ma na to dowodów?
  • Wiem, ale czy my się często mylimy?
  • Nie – roześmiałem się – a poza tym nawet gdybyśmy się mylili to nikt nam tego nie udowodni, bo to tylko nasze przypuszczenia.
  • Właśnie o to chodzi, nasze teorie mogą być właściwe lub błędne, ale to nasze teorie i przypuszczenia, a tego jak dochodzimy do wniosków nikt nam nie odbierze.

Tym sposobem doszliśmy do końca ulicy Brackiej i skręciliśmy w Lewo pod kościół Dominikanów. Kiedy stanęliśmy na wprost niego, zapytałem Helenę

  • Gotowa na szkielety wmurowane w krużganki klasztoru?
  • Już mnie nic nie zdziwi i kości mi już nie straszne – popatrzyła na mnie Helena wymownym wzrokiem.
  • To chodźmy.
  • Chodźmy …
Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

TAJEMNICZA ZAPADNIA

Zapowiadał się piękny i słoneczny dzień, a w powietrzu czuć było już pierwsze zapachy nadchodzącej wiosny. Idealny dzień na wycieczkę rowerową, pomyślałem i postanowiłem zadzwonić do Heleny czy gdzieś jedziemy. Oczywiście Helena była jak najbardziej za, więc ustaliliśmy, że jedziemy do Pieskowej Skały. Mama podwiozła nas do Skały, skąd pojechaliśmy na rowerach. Droga była dość długa, ale to nam nie przeszkadzało, bo wiosenne powietrze „dodawało nam skrzydeł”. 

  • Aż nie do wiary, że jeszcze miesiąc temu, byliśmy w Krynicy, gdzie było tyle śniegu – powiedziałem do Heleny.
  • Masz rację, zima, kulig ognisko, a dzisiaj cudowne wiosenne powietrze.
  • Właśnie mi się przypomniała legenda o zbójnikach i o diable, a wiesz, że tu w Pieskowej Skale możemy też odnaleźć te motywy? – zapytałem.
  • Wiem, Maczuga Herkulesa – powiedziała dumnie Helena – Kiedy diabeł złapał czarnoksiężnika Twardowskiego w karczmie Rzym w Pychowicach, miał jeszcze jedną szansę na ratunek. Według podpisanego wcześniej cyrografu, diabeł musiał spełnić trzy warunki Twardowskiego, a dopiero później mógł zabrać, jego duszę do piekła, jednym z tych warunków było przeniesienie skały z Doliny Prądnika i osadzenie jej cieńszym końcem w dół. Efekt pracy diabła możemy podziwiać do dziś.
  • No brawo, brawo, przygotowałaś się – powiedziałem z uśmiechem – a wiesz, że inna nazwa Maczugi Herkulesa, to Sokola Skała?
  • Ooo tego nie wiedziałam, a skąd ta nazwa?
  • Według dawnych podań ludowych w wieży zamkowej był trzymany więzień, któremu Pan obiecał wolność, jeżeli przyniesie mu pisklę z gniazda sokolego, znajdującego się na szczycie tej skały. Więzień pomimo długiego zastanawiania się jak dostać się na szczyt skały, nie potrafił wymyślić żadnego sposobu, a że bardzo się tym myśleniem zmęczył, zasnął pod skałą. Nadleciała wtedy gromada sokołów i uniosła go na szczyt skały, aby zabrał pisklę, kiedy to zrobił ptaki przeniosły mężczyznę z powrotem do zamku. Więzień odzyskał wolność, a skała do dziś nazywa się Sokolą.

Opowiadając sobie o Maczudze Herkulesa, dotarliśmy na miejsce. Nasza rozmowa skończyła się idealnie tuż pod Maczugą, spod której mieliśmy tylko parę kroków do zamku. Chcieliśmy zwiedzić zamek i basztę Dorotki. Kurczę kolejny zamek z mroczną przeszłością. Według legendy jedna z córek Tęczyńskich, zakochała się w lutniście, jednak musiała wyjść za mąż za starego Szafrańca, Pana na zamku w Dolinie Prądnika. Lutnista nie mógł jednak zapomnieć o swojej ukochanej i przebrany w zakonny habit porwał swoją ukochaną Dorotkę. Niestety słudzy Szafrańca pojmali ich. Młodzieniec zginął na stokach góry włóczony końmi, a Dorotkę zamknięto w baszcie zamkowej, gdzie miała umrzeć śmiercią głodową. Dorotka miała jednak swojego ukochanego psa, który codziennie wspinał się na skałę, na której była baszta i przynosił jej rzucane dla niego odpadki jadła, chroniąc tym samym Dorotkę od śmierci głodowej. Pamięć o wiernym psie, przetrwała do dziś jako nazwa skały, na której stoi zamek.

Przypięliśmy rowery i kupiliśmy bilet, aby zwiedzić zamek. Było dość pusto, więc mogliśmy spokojnie pomaszerować po całym zamku.

  • Wiesz mam trochę ciarki, jak chodzę po tym zamku – powiedziałem do Heleny.
  • Czemu, zamek, jest odrestaurowany i żadnych duchów tutaj nie ma.
  • Wiem, ale jeżeli prawdą jest to co mówią o rodzinie Szafrańców, to sporo tu ludzi zginęło.
  • To znaczy?  – zapytała Helena.
  • Zgodnie z tym co pisał Jan Długosz w XV – sto wiecznych relacjach, to Piotr Szafraniec III zajmował się czarną magią i alchemią, próbował pozyskać złoto ze zwykłych metali. Jak niesie wieść przez jego komnatę przewinęło się kilka pomniejszych demonów, a zamek zyskał miano nawiedzonego. Po jego śmierci podobne życie wiódł na zamku jego syn Krzysztof zapraszał do zamku bogatych kupców, urządzał dla nich uczty, a później, gdy szli spać wpadali w zastawioną na nich pułapkę, ponieważ komnaty dla gości albo sala biesiadna, zamiast podłogi miały zapadnie, przez które kupcy spadali w dół na skały i ginęli.
  • Uuuu to faktycznie miły był z niego gospodarz. Ale wiesz co, zanim ich spuszczał, to musiał ich chyba najpierw okraść, bo kupcy na pewno byli poobwieszani złotem albo mieli przy sobie sakiewkę z pieniędzmi.
  • Był alchemikiem, może podawał im jakieś magiczne trunki albo dolewał czegoś do wina po czym tracili świadomość. Okradał ich a później służba albo spuszczała ich w Sali biesiadnej, albo zaprowadzała do komnaty, prosto na zapadnię. Tak mi się przynajmniej wydaje…
  • Musimy patrzeć pod nogi jak będziemy chodzić po komnatach.
  • To prawda.

Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, patrzyliśmy uważnie, pod nogi, ale wszystkie podłogi były w jednym kawałku. Zwiedziliśmy już prawie cały zamek, kiedy zobaczyliśmy, że jeden ze sznurków zabezpieczających jest otwarty, nie myśląc za długo poszliśmy schodami w górę, do zamkniętej dla zwiedzających części. Wszystko wyglądało normalnie, kolejne komnaty podobne do tych na dole, tylko widać, że jeszcze nie odrestaurowane. Było w nich zdecydowanie więcej mebli i różnych rekwizytów.

  • Patrz jaka tam stoi piękna kasetka na biżuterię! – powiedziała Helena.
  • Gdzie?
  • Tam na wprost.

Nie zastanawiając się, zerwała się z miejsca, żeby do niej podejść, w ostatnim momencie, złapałem ją za rękę! Chciała podbiec do kasetki, zapominając całkowicie, o tym, o czym mówiliśmy wcześniej. Niestety legenda o zapadniach w zamku okazała się prawdziwa. Helena widząc takie cacko, nie popatrzyła pod nogi i stanęła na zapadni, która natychmiast się otworzyła. Helena popatrzyła w dół i w momencie zbladła, widząc ostre skały pod stopami.

  • Hektor, dzięki – wydusiła po chwili.
  • Nie ma za co – powiedziałem drżącym głosem – Wiesz już jak kupcy dawali się złapać? Szafraniec, pewnie kładł jakieś cenne przedmioty, które od razu rzucały się im w oczy i podchodzili, żeby je oglądnąć.
  • Nie wierze, a tyle co mówiliśmy o zapadniach, a ja kompletnie o nich zapomniałam, gdyby nie Ty……
  • Nawet nie kończ tego zdania – powiedziałem – To była głupota z naszej strony, że tu weszliśmy, mogliśmy to życiem przypłacić!

Byłem na siebie wściekły, już nigdy nie wejdę tam, gdzie nie powinno się wchodzić. Nawet nie chce myśleć, gdyby coś się stało Helenie, nie wybaczyłbym sobie…

  • Chodźmy stąd – powiedziałem.
  • Zdecydowanie tak.

Wyszliśmy, a w zasadzie wybiegliśmy z zamku z bladymi twarzami. Gdy byliśmy na dziedzińcu, zobaczyliśmy starszego pana, który siedział obok jednej z dolnych komnat i widać było, że płakał. Nasz strach, przeszedł w smutek. Postanowiliśmy podejść do niego i zapytać, co się stało.

  • Dzień dobry, czy coś się stało? – zapytała Helena.
  • O dzień dobry, siedzę sobie i wspominam, jakie to były czasy, kiedy tu mieszkałem.
  • Mieszkał Pan tu? Jak to? – Zapytałem
  • Wiecie w 1944 był tu sierociniec. Trafiły tu dzieci, którym udało się przeżyć rzeź w Wołyniu.
  • Nie mieliśmy o tym pojęcia – powiedziała Helena – opowiedziałby nam Pan tą historię? – zapytała.
  • A lubicie smutne historie?
  • Lubimy wszystkie historie, z których możemy się dowiedzieć czegoś ciekawego – powiedziałem.

Usiedliśmy obok staruszka i słuchaliśmy jego opowieści.

  • Trafiłem tutaj z siostrą, profesor Jadwiga Klimaszewska starała się nam stworzyć dom, który straciliśmy. Gdy tylko przyjechaliśmy każde z nas podchodziło do mężczyzny siedzącego na takim małym krzesełku jak ja. Miał on w ręce duże nożyce, którymi ścinał wszystkie włosy, a później dogalał je maszynką. My chłopcy przyjmowaliśmy to bez słowa, ale dziewczynki strasznie płakały, moja siostra chciała uciekać, ale nie udało się jej to i podzieliła los dziewczynek. Mówiono nam, że to przez wszy i niestety każdy musiał to przejść. Później zabierano nam ubrania i byliśmy poddani paru dniowej kwarantannie, podczas której nie mogliśmy wyjść z Sali. Kiedy oddano nam ubrania, nie były to te które mieliśmy wcześniej, co też wiele dziewczynek przeżywało. Żyło się nam tutaj ciężko, nie było ani kanalizacji, ani wody, którą musieliśmy przynosić wiadrami z Prądnika, schodząc codziennie po kilkadziesiąt stromych stopni ze wzgórza. Spaliśmy materac przy materacu, na początku wszyscy razem, a później chłopcy osobno, a dziewczynki osobno. Musieliśmy pomagać przy gospodarstwie i w ogrodzie. Chodziliśmy do szkoły z okolicznymi dziećmi ze wsi, ale żadne z nas nie mogło się skupić, patrząc jak inne dzieci jedzą drugie śniadanie, którego my nie mieliśmy.  Mimo ciężkich warunków traktowano nas dobrze mieliśmy schronienie, opiekę, cztery posiłki dziennie i czas na zabawę. Wstawaliśmy koło 6.30, myliśmy się, jedliśmy śniadanie, chleb z marmoladą i kawę słodką z mlekiem. Potem ścieliliśmy łóżka i pomagaliśmy w gospodarstwie. O 12 był obiad, później bawiliśmy się albo pomagaliśmy, a wieczorem po podwieczorku każde z nas dokładnie się myło. Gdy zlikwidowano sierociniec, zostaliśmy z siostrą rozdzieleni. Często tutaj przychodzę, bo to były nasze ostatnie wspólne chwile, które mieliśmy.
  • Nie wiem co powiedzieć – wydusiłem z siebie – nie mieliśmy pojęcia, że tu był sierociniec.
  • To poznaliście inną niż znacie historię tego miejsca.
  • A gdzie Pan teraz mieszka? – zapytałem.
  • Tutaj, niedaleko zamku, dlatego tak często tu przychodzę, żeby powspominać sobie jak kiedyś mieszkałem.
  • A co z Pana siostrą? – zapytała Helena.
  • Właśnie to jest najsmutniejsze, nigdy jej nie odnalazłem, chociaż próbowałem nie raz.
  • To strasznie przykre. Bardzo Panu współczujemy – dodała.

Posiedzieliśmy jeszcze z Wiktorem, bo tak miał na imię staruszek, który opowiadał nam o swoim późniejszym życiu, po czym musieliśmy się zbierać, bo moja mama już po nas jechała. Dzisiejszy dzień, był naprawdę pełen emocji i wrażeń. Najpierw sytuacja z zapadnią, a później historia pana Wiktora. Nie mieliśmy dobrych humorów, najbardziej przykre było to, że pan Wiktor do dziś nie odnalazł ani siostry, ani jak się dowiedzieliśmy rodziców. Smutne było też to, że rozdzielono rodzeństwo i każde z nich trafiło do innego sierocińca. Wiktor miał szczęście, bo przygarnęła go jedna z rodzin mieszkających w Krakowie, która po latach przeniosła się tutaj w okolice Pieskowej Skały. Może jego siostrę, też ktoś zaadoptował, ale może wyjechali gdzieś za granicę? Chcieliśmy myśleć, że ta historia kiedyś się dobrze skończy, jednak patrząc na wiek pana Wiktora, który skończył 85 lat, a jego siostra była starsza od niego o 5 lat, wiedzieliśmy, że mogą się już nigdy nie odnaleźć. Wizyta w tym zamku, napełniła nas jakąś pustką i smutkiem. Jak dobrze, że my nie żyjemy w czasach wojny i nie musimy patrzeć na jej okrucieństwa i ludzkie cierpienie.

Kategorie
Ciekawostki

NÓŻ W SUKIENNICACH

Wielu z was zna legendę o dwóch braciach, którzy za czasów panowania księcia Bolesława Wstydliwego, budowali Kościół Mariacki i jego wieże. Młodszy brat, zorientował się, że nie zbuduje tak wysokiej wieży jak jego brat, więc będzie gorszy. Kierowany zazdrością zabił brata nożem, a później, kiedy dopadły go wyrzuty sumienia skoczył z wieży, popełniając samobójstwo. Według legendy, to właśnie ten nóż został zawieszony w Sukiennicach, jako przestroga przed bratobójczą walką.

Ale jest jeszcze inna historia związana z nożem. W Krakowie, w czasach średniowiecza, obowiązywało prawo magdeburskie ” a nóż miał przypominać o tym prawie, a było ono konkretne i bezwzględne. Jeżeli chodzi na przykład o kary dotyczące kradzieży. Za kradzież drobną groziło obcięcie uszu, natomiast za kradzież większą obcięcie ręki. Nóż umieszczono w Sukiennicach, ponieważ było to centrum miasta, które skupiało wiele osób trudniących się handlem, które przyjeżdżały z różnych stron Polski oraz Europy, a nóż miał odstraszać potencjalnych złodziei”. – Doktor Jacek Zienkiewicz, Muzeum Historyczne Miasta Krakowa.

Współczesny nóż wiszący w Sukiennicach to replika, ponieważ w czasie II wojny światowej, nóż zabrali Niemcy, jako „broń pragermańską”, a kolejne repliki były kradzione przez turystów.

Kategorie
Tajemnicze Przypadki Heleny i Hektora

„MROCZNA WIEŻA”

Przywitały mnie dzisiaj pierwsze wiosenne promyki słońca, zamarzyłem o spacerze po krakowskim rynku. Zadzwoniłem do Heleny, czy wpadnie i pójdziemy się przejść. Oczywiście była jak zawsze chętna, chociaż po głosie usłyszałem, że jest niewyspana. Kiedy się spotkaliśmy zapytałem ją:

  • Chyba się dzisiaj nie wyspałaś?
  • Poszłam bardzo późno spać, bo oglądałam „Mroczną wieżę”.
  • I jak Ci się podobał film?
  • Całkiem spoko, połączenie westernu i science fantasy. Główny bohater to rewolwerowiec Roland, który jest już ostatnim z rewolwerowców i broni Mrocznej wieży, przed człowiekiem w czerni, który chce ją zniszczyć, wykorzystując do tego dzieci, mające szczególne uzdolnienia. Tym sposobem pojawia się Jake, który ma różne wizje i widzi w nich zarówno rewolwerowca, jak i faceta w czerni i jak zawsze dochodzi do walki dobra ze złem. To tak w mega skrócie.
  • Hahaha wiem oglądałem ten film. Wiesz, że jest on luźną adaptacją powieści Stephena Kinga o tym samym tytule?
  • Mogłam się domyślić, w końcu to jeden z najlepszych pisarzy literatury grozy. Jego książki są dużo lepsze niż ich adaptacje filmowe.
  • Dokładnie, miałem nadzieję, że „To”, będzie dużo lepiej nakręcone niż było.
  • Noo, masz rację.
  • A wracając do „Mrocznej wieży”, która w książce była istotą całego istnienia, znajdującego się w centrum wszystkich światów, jak myślisz która z „krakowskich wież” znajdujących się na rynku, ma mroczną tajemnicę?
  • Wieże Kościoła Mariackiego, kiedy brat zabił brata, nożem wiszącym w Sukiennicach?
  • To też, a jaką znasz inną wieżę na rynku?
  • Ratusz?
  • Właśnie tam się wybieramy na soczek.
  • Hahaha, czyli rozumiem, że mnie zapraszasz i coś ciekawego mi opowiesz?
  • Jak zawsze – uśmiechnąłem się.

Rynek Główny 1, Ratusz z mieszczącą się w nim restauracją z kuchnią włoską i międzynarodową. Marzyłem o tym, abyśmy mogli usiąść w podziemiach ratusza. Udało się, usiedliśmy w podziemiach Ratusza. Zapach był specyficzny jak to w piwnicach. Helena oświadczyła mi, że jest głodna, więc zamówiliśmy pizzę, a czekając na nią zacząłem swoje opowiadanie.

  • Wiesz, że kiedyś była tu karczma, która nazywała się Piwnica Świdnicka?
  • Czyli jak widzę tradycja kulinarna pozostała w tym miejscu.
  • Bardziej piwna, bym powiedział, ponieważ zgodnie z obowiązującymi średniowiecznymi zwyczajami i królewskimi prawami, sprowadzane spoza miasta piwo, mogło być sprzedawane tylko pod kontrolą Rady Miejskiej. Piwo wytwarzane w Krakowie pod koniec XV wieku, było gorsze od świdnickiego oraz klasztornego z Kazimierza, więc popyt na nie się zmniejszał, dlatego sprowadzano piwo ze Świdnicy, stąd nazwa Piwnica Świdnicka.
  • Wow, to życie tutaj musiało kwitnąć w najlepsze!
  • Coś w tym było, jednak piwnica cieszyła się złą sławą, którą opisał nawet Andrzej Frycz Modrzewski. Poczekaj, bo zrobiłem screena jego słów, żeby Ci je przytoczyć. Tak więc słynny pisarz polityczny okresu renesansu, opisywał to miejsce słowami: „Ludzie próżnują cały dzień, tam leżą piją a żywią się z nierządnicami bardzo rozpustnie: dzieweczek i niewiast uczciwych pod osłoną tańca albo jakiej innej gry do siebie proszą, a w ten czas o ich stateczności pilno starają. A gdzież swarów, guzów, ran, ochronienia, zabijania, przytrafia się jako w karczmach”.
  • To faktycznie, zbyt kulturalne miejsce to, to nie było!
  • Bar miał lepsze i gorsze czasy. Kazimierz Jagielloński odebrał mu przywilej prowadzenia piwa, ale Jan Olbracht je przywrócił, ratuszowe podziemia przekształcono w karczmę, nazwaną „Szynk Indie”, przyciągającą ludzi z marginesu społecznego i złodziejaszków, skąd jej kolejna nazwa jaskinia łotrowska. Piwnice ratuszowe, były remontowane w latach 1961 – 1967 i wtedy otwarto Kawiarnię Ratuszową, która wystrojem i tradycjami nawiązywała do średniowiecznej Piwnicy Świdnickiej, obecnie mamy tu Restauracje Ratuszową.
  • No proszę, kto by pomyślał, że w takim miejscu, była taka „speluna”, nawet przez myśl by mi to nie przeszło.
  • Ale to nie wszystko, jest coś jeszcze.
  • Chętnie posłucham, ale muszę skorzystać z toalety.
  • Ok, to zapłacę i poczekam na Ciebie.

Rozglądałem się uważnie po całych podziemiach i szukałem „tych drzwi”, albo „tego przejścia”, musi tu być! – mówiłem sam do siebie. Niestety nic nie widziałem. Nagle od strony drzwi kuchennych usłyszałem:

  • Część Młody, a co Ty tu robisz?

Odwróciłem się i w pierwszym momencie nie mogłem skojarzyć, kto do mnie mówi.

  • Nie poznajesz mnie? To ja Adam, znajomy Twojej mamy.
  • Aaa przepraszam, nie sądziłem, że tu spotkam kogoś kogo znam.
  • Spoko, w sumie dawno się nie widzieliśmy, ale wyrosłeś, nie wierzę!
  • Wszędzie Cię szukam, ale mi zniknąłeś! – usłyszałem głos Heleny, który wyrwał mnie z tej niezręcznej sytuacji.
  • O widzę, że na randce jesteście – powiedział Adam.
  • Tak, dokładnie tak! Wiesz obiecałem Helenie, że to będzie fantastyczna randka. Ona uwielbia gotować i chce zostać w przyszłości kucharką, to jej marzenie. Czy moglibyśmy zobaczyć kuchnię od środka?

Helena, dzięki Bogu nie wydusiła z siebie ani słowa. Na pewno z jednej strony była w szoku, słysząc co mówię, a z drugiej…już wiedziałem, że powiedziałem coś nie tak, bo czułem pioruny bijące z jej oczu w moją stronę. Ale oberwę za tą kucharkę, muszę omijać ciężkie sprzęty znajdujące się w kuchni, jeżeli uda się nam tam wcisnąć.

  • Ja właśnie skończyłem zmianę, ale poczekajcie, zapytam kolegę – powiedział Adam.

Po chwili w drzwiach pojawił się z kolegą.

  • Możecie wejść i się rozglądnąć. Ja, żeby nie było, bo nie wolno mi tutaj nikogo wpuszczać, idę z Adamem i moimi pomocnikami na górę „zaczerpnąć świeżego powietrza”. Macie jakieś 10 minut, a jak wrócę, to już was ma nie być. Pasuje wam taki układ?
  • Jak najbardziej – powiedziałem

Popatrzyłem na Helenę, która dalej ciskała we mnie pioruny, ale udała sztuczny uśmiech, zatrzepotała rzęsami, udała, że się czerwieni i…. plan wypalił. No prawie…

  • Kucharka! Ja chcę zostać kucharką? – warknęła Helena – jak znajdę w tej kuchni odpowiednio dużą patelnię to tak Cię nią walnę, że mózg Ci wróci na właściwe miejsce jak się gdzieś w tej piwnicy zgubił!!!
  • Hela, spokojnie musiałem coś wymyślić, żeby się tu dostać.
  • To jak taki mądry jesteś, to mogłeś powiedzieć, że sam chcesz zostać kucharzem!
  • No sorry, myślałem na szybko, nie miałem czasu się zastanawiać. W sumie mógłbym być kucharzem, bo lubię gotować i jak wiesz robię najlepsze steki! – chciałem rozładować atmosferę – więc teraz skończ narzekać, bo czeka na nas tajemnica do odkrycia!
  • Ta, tu randka, tu kucharka, tu tajemnica, a miała być pizza i sok!

Helena dalej była wściekła, a ja przechodząc przez kuchnię starałem się omijać wszystkie wiszące patelnie, żeby przypadkiem, któraś na mnie nie spadła.

  • Mam! – wrzasnąłem – to tu, patrz!
  • Ta, widzę drzwi i co?
  • Hela, odpuść fochy błagam, ok niech będzie przepraszam, ale nie zapominaj, że jesteśmy poszukiwaczami przygód.

Cisza…

  • Co to za drzwi? – w końcu przemówiła.
  • Do drugiej tajemnicy Ratusza, o której chciałem Ci opowiedzieć – popchnąłem drzwi i pociągnąłem za sobą Helenę.

Usłyszeliśmy kroki i głosy, czyli kucharz wrócił z przerwy.

  • Gdzie my jesteśmy? – zapytała Helena – Co to za miejsce?
  • W Sali tortur – powiedziałem.
  • Gdzie????
  • W Sali tortur, wyobraź sobie, że obok naszej Karczmy Ratuszowej, znajdował się loch więzienny. Wiedziałem, że gdzieś tutaj musi być do niego przejście.
  • To dlatego tak kombinowałeś, żeby się tu dostać?
  • Dokładnie, wyobraź sobie, że tutaj przetrzymywano osoby, podejrzane o najcięższe przestępstwa i tutaj ich torturowano, to tzw. „Więzienie Dorotka”.

Rozejrzeliśmy się dookoła po dużej Sali, to musiała być sala tortur, jednak nie było w niej już żadnych sprzętów. Najdziwniejsze było to, że słychać było co się działo w Restauracji Ratuszowej. Nie do wiary w jednym pomieszczeniu bawili się ludzie, pijąc i śmiejąc się, a w drugim ktoś właśnie kończył swoje życie podczas tortur. Co za ironia losu, że te kazamaty były właśnie tutaj zlokalizowane.

  • Skąd wiesz, że to sala tortur, jak nie ma w niej żadnych sprzętów?
  • Czytałem o tym, narzędzia tortur z tego więzienia, można oglądnąć w Domu Jana Matejki przy ulicy Floriańskiej.
  • A czy Jan Matejko przypadkiem, nie przestał być honorowym obywatelem Krakowa?
  • Tak, przestał, pokłócił się z magistratem krakowskim, o Teatr im. Juliusza Słowackiego.  W 1801 roku mieliśmy teatr krakowski znajdujący się przy zbiegu ulic Jagiellońskiej i Szczepańskiej, ale teatr był nieocieplany, nie było elektryczności i budynek groził zawaleniem. Kraków chciał mieć reprezentatywny gmach teatralny i na miejsce jego lokalizacji wybrano plac św. Ducha. Niestety znajdował się tam kompleks klasztorny duchaków wraz ze szpitalem dla ubogich oraz kościołem św. Ducha, który postanowiono zburzyć. Jednym z obrońców zabytków, był właśnie Jan Matejko, który nawet chciał wykupić tą nieruchomość, niestety władze nie zgodziły się i mimo protestów, rozpoczęto budowę teatru. Jan Matejko, przeklinając teatr, zapowiedział, że do końca swoich dni nie wystawi w Krakowie, żadnego obrazu, zwrócił dyplom uznania, tytuł honorowego obywatela miasta i berło symbolizujące jego znaczenie dla sztuki w Polsce. Napisał nawet list, w którym odwoływał się do religii, „życząc” budowniczym teatru, aby na sądzie ostatecznym Jezus Chrystus, był dla nich bardziej miłosierny, niż oni dla czcigodnych murów starego Krakowa. Podobno, był aż tak obrażony na magistrat krakowski, że nie pozwolił się pochować na Cmentarzu Rakowickim, tylko poza jego murami, ale jak wiemy cmentarz z biegiem lat poszerzał się i obecnie grób Jana Matejki, jest właśnie na Cmentarzu Rakowickim.
  • Wow tego nie wiedziałam, ale chyba zeszliśmy z tematu, jesteśmy teraz w kazamatach ratuszowych, w Sali tortur, ale zobacz korytarze ciągną się dalej.
  • Masz rację, muszą tu być cele więzienne, sale przesłuchań i jakieś pomieszczenie, będące siedzibą krakowskiego kata, który przy pomocy ceklarzy zdobywał zeznania.
  • Przy pomocy czego?
  • Ceklarz, to taki oprawca, którego zadaniem było pilnowanie porządku w dzień i w nocy, wyłapywanie włóczęgów i żebraków, stawianie szubienic i wymierzanie kary chłosty.
  • Aha.
  • Poza tym byli oni też osobistą ochroną burmistrza. Chodźmy wzdłuż tych korytarzy, w końcu musimy znaleźć stąd wyjście.

Idąc przed siebie, mijaliśmy większe i mniejsze sale, które pełniły swoje funkcje, kiedy było tutaj więzienie. Nie wiem, ile szliśmy, zgubiliśmy się, nie wiedzieliśmy gdzie iść i jak stąd wyjść. Jedne korytarze się kończyły inne ciągnęły dalej, w końcu zobaczyliśmy słabe światło za jakimiś drzwiami. Udało się dotarliśmy gdzieś, gdzie jest wyjście, oby tylko drzwi były otwarte. Nagle wzrok mój i Heleny przykuło coś jeszcze, w jednym z korytarzy zauważyliśmy białe fragmenty czegoś jakby „wmurowane w korytarze”.

  • Hektor to są kości!
  • Ale numer, czyli musimy być pod placem Szczepańskim.
  • Czyli to co pisali w gazetach jest prawdą, był tutaj cmentarz. Odkryli go podczas remontu na placu Szczepańskim.
  • Dokładnie tak, ale myślę, że na dzisiaj mamy już dość wrażeń. Wychodźmy stąd, jest późno i powiem Ci, że zaczyna mi się robić zimno.
  • No ja już nóg nie czuję. Błagam, oby te drzwi były otwarte.

Złapaliśmy za klamkę, udało się, znowu byliśmy na jakimś podwórzu, chyba w tej samej kamienicy, w której mieszkał słynny alchemik mistrz Sędziwój. Najważniejsze, że w tej plątaninie korytarzy idąc w półmroku trochę na oślep, udało nam się wyjść.

  • Teraz mogę Ci się przyznać, że miałam mega stracha czy w ogóle znajdziemy wyjście – powiedziała Helena.
  • Ja też, ale cały czas miałem w głowie, że jak nie będzie wyjścia to wrócimy do Ratuszowej. Miałem jednak nadzieję, że nie będziemy musieli tego robić, bo narobilibyśmy problemów kucharzowi.
  • Owszem. Wiesz jestem w szoku, bo można się  przejść podziemiami rynku, a z tego co dzisiaj zobaczyliśmy okazuje się, że tylko część jest udostępniona, a część ukryta.
  • Nam jak zawsze się udało, odkryć coś, czego inni nie widzieli – uśmiechnąłem się. Wiesz, mam już pomysł na kolejną wycieczkę.
  • Śladami cmentarzy krakowskich.
  • Dokładnie, poszukamy krakowskich nekropolii.
  • Ok, ale teraz już lepiej wracajmy, bo robi się ciemno.
  • Masz rację Hela, wracajmy.
By Muzeum Historyczne Miasta Krakowa – Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=13309091
J. Brodowski – http://www.wawel.net/images/myszka/dzieje/dzieje2/2.htm
Ratusz krakowski J. Brodowski – rysunek XIX wiek